"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

23 kwi 22 – Cracovia Maraton po trzech latach (#againstallodds)

23 kwi 22 – Cracovia Maraton po trzech latach (#againstallodds)

Cracovia Maraton. Legendarna impreza. Ostatnio mieliśmy okazję prześlizgać 12 okrążeń wokół krakowskich Błoń w dwa tysiące dziewiętnastym roku. Lipy wtedy pięknie pokropiły alejki spadzią, a deszczyk to cudnie rozmoczył i żodne kółka nie trzymały. Żodne! A my jak te wilki goniące jelenia po zamarznietym jeziorze…

Trzy lata później krakowski ZIS nie miał się już jak wykręcać pandemią z organizacji imprez masowych. Maraton rolkarski, jako impreza towarzyszącą imprezie głównej czyli maratonowi biegniętemu z buta, też miał się odbyć. Tradycyjnie pod koniec kwietnia, gdy pogoda jeszcze szaleje. Nie przypadkiem impreza ta nazywana jest przez znających się nie Cracovia, a Deszczovia Maraton… Może być deszcz, wiatr, nawet śnieg. Gradu jeszcze nie było.

Throwback do CM 2019. Ślisko jak diabli!

Czas maratonu nadchodzi, a pogoda nie rozpieszcza. Sezon halowy zamknięty, a sezon outdoor jakby nie chciał się zacząć. Dosłownie trzy, albo cztery jazdy na zewnątrz pozwoliły tylko upewnić się, że jazda po prostej to jest zupełnie inna dyscyplina. Mniej finezji, więcej siły. Dużo więcej siły. Ile wlezie! I natychmiast plecy wysiadają.

Obyśmy wszyscy zdrowi byli

Po którejś z jazd mnie przewiało i zaczęło się chorowanie. Bardzo nieprzyjemne. A do Cracovii półtora tygodnia.

Gdyby nie choroba starałbym się wcisnąć jakieś jazdy po deszczu i nawet w deszczu, ale zostały te rarytasy mi oszczędzone. Jedno co się udało to wstępnym podleczeniu wcisnąć kolejną sesję terapii powięziowej, po której mogłem spokojnie dojść do siebie, a nie lecieć z wywieszonym jęzorem na kolejny trening. A takie terapie po których organizm może spokojnie dojść do siebie są najskuteczniejsze. Organizm może wtedy na spokojnie ustalić nowy, bardziej poprawny schemat tonusu mięśniowego. A z tym mam problem… Nie chodzi o to, że jakieś mięśnie są bardzo słabe. Natomiast niektóre mięśnie są zbyt napięte w porównaniu do innych mieśni, przez to one same i często tez zupełnie inne mięśnie – nieprawidłowo pracują. Ciało wykonuje kompensacje. U mnie objawia się to porażającym bólem dolnego odcinka lędźwi.

Kiedyś nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Pamiętam taką jazdę w jesieni 2019, gdy Sebu w pewnym momencie mnie już pchał, a ja chciałem tylko się położyć i przez chwilę nie ruszać. Ale w zeszłym roku wydawało mi się, że pokonałem problem. Jednak w tym wrócił jak tylko wyszliśmy jeździć po prostych. Załamka.

Jedyna nadzieja w bardzo mądrym fizjoterapeucie.

Ale problemy ze zdrowiem to tylko jeden z elementów układanki. Życie nie jest jednowymiarowe. Nawet nie dwu. Dochodzą do tego jeszcze problemy i stresy w pracy i domu. Tym razem się ich naskładało tyle i takiego kalibru, że równie dobrze złapana choroba była skutkiem właśnie nadmiernego zatrucia stresem. Ciało powiedziało pas.

Dołożyć do tego jeszcze wyrypę maratonem? No nie wiem… Nie zależy mi na nim zupełnie. Za dużo na głowie.

Okno pogodowe

Cały tydzień przed maratonem: zimno i deszcze. Pięć stopni, siedem. I deszcz. I wiatr. Nie wygląda to na wiosnę.

Nastawienie: negatywne. Do tego nawet chwili czasu, żeby odebrać pakiet w piątek. Ale cóż, pójdę rano, odbiorę numer i zrobię rekonesans na miejscu. Możliwe, że bym nawet i tego nie zrobił, gdyby nie Paweł P., który mocno namawiał do podjęcia rękawicy. Nawet gdybym miał ją później upuścić.

Ale od rana słoneczko tak się do nas uśmiechało!… Alejki nie dość, że wyschły idealnie, to jeszcze zrobiła się całkiem przyzwoita temperatura. Dość powiedzieć, że długie spodnie zostały w samochodzie.

Startujemy! Nie wiem czy dojadę. Mogę nie dojechać. Może mnie zatkać i nie będę w stanie oddychać. Ale chcę pojechać. Chcę poczuć prędkość, emocje. Sprawdzić jak to jest z moimi umiejętnościami na ten moment. Jak jest z kondycją wiem bez sprawdzania.

Stajemy na starcie. Ja w jakimś piątym, szóstym rzędzie, odliczanie i jedziemy.

Jedziemy!

Oczywiście nie przepchnąłem się odpowiednio agresywnie i wolniej jeżdżący, który ustawili się przede mną lub równo ze mną odcięli od formującego się peletonu. Dopiero po jakichś pięćdziesięciu metrach zacząłem powoli przyspieszać. Jak wszyscy.

Po krótkiej chwili zobaczyłem Kaśkę, która swoim spokojnym długim krokiem ustawiała się w zawiązywanym naprędce pociągu. Trzy mocniejsze odepchnięcia i wskoczyłem za nią. Przed nią jechały dwie dziewczyny z Silesii i jeszcze ktoś wyższy w kombinezonie Teamu Blue z Berlina ’21. Prędkość ok, dobrze ponad 30 km/h, ale nagle wszyscy zaczęli hamować. Czemu?! No tak, ustawione bramki wizualnie ograniczające szerokość na zakręcie w Cichym Kąciku. Jak ktoś nie jest do tego zakrętu przyzwyczajony to na początku będzie pękał. Chociaż nie ma takiej potrzeby. Grunt, żeby wszyscy brali zakręt na jedno tempo, bo nie ma tam tyle miejsca, aby się mijać.

Spokojnie, precyzyjnie. Nic na siłę. Odkładamy od przedniego kółka.

Po zakręcie przyspieszenie i pogoń pod górkę wzdłuż Piastowskiej. Na kolejnym zakręcie jedno pełne przełożenie i rura w dół na Alejce Sebastiana! Jest szybko. Potem sprawdziłem: mieliśmy tam prawie 40 km/h. Prawie bez zwalniania dojeżdżamy na szczyt górki przy Juwenii, jedno przełożenie i znowu w dół na Focha. Znowu jest szybko, staram się utrzymywać bliżej niż metr od poprzedniej osoby, żeby przypadkiem nie brać na klatę całego tego wiatru. Mam pełną świadomość, że tylko spryt i technika mnie uratują. Nie mam siły na przejechanie całego maratonu solo. Bez względu na tempo. Dzisiaj jazda solo to wielkie: nie, nie! Trzeba zatem zachować pełną czujność, nie zostawać z tyłu, utrzymywać się w drafcie i jednocześnie nie dopuścić, żeby plecy zaczęły boleć za bardzo. Bo wtedy to koniec.

Pierwsza agrafka pod Cracovią. Jest idealnie, jest sucho. A mimo wszystko pociąg hamuje. Znowu: brak objeżdżenia na trasie. Osoba z tyłu jest ograniczona działaniami tych z tyłu. Też muszę przyhamować wybierając jednocześnie trajektorię łuku. Tak, aby przebiegła omijając studzienkę kanalizacyjną.

Potem znowu przyspieszenie. Jedziemy spokojnie, około 32 km/h. Jest dobrze, dopóki czegoś nie zchrzanię pociąg mi nie powininen uciec. Utrzymuję się w drafcie starając oszczędzać siły. Jak tylko mogę kładę ręce na kolana odciążając plecy.

Za moimi plecami rozgrywają się małe dramaty. Nie będący w stanie utrzymać tempa odpadają po cichu. W pewnym momencie obracam się i widzę, że nie ma nikogo kilkaset metrów do tyłu. A my ciśniemy.

Po kilku kółkach doganiamy w Cichym Kąciku Piotrka Felixa, który jak to on wyrwał wcześniej do przodu i chyba coś nie pykło. Rzucam mu w przelocie, żeby wskakiwał na plecy. Do końca będzie już z nami jechał.

I to mniej więcej tam, na “górze” Piastowskiej miało miejsce przelotne, acz mrożące krew w żyłach spotkanie z nadjeżdżającym pod prąd rolkarzem. Tuż obok zagadanego strażnika miejskiego, na najwęższym kawałku asfaltu, gdy nasz pociąg wyprzedzał lewą dwójkę jadących obok siebie powolnych rolkarzy, minęliśmy się na milimetry z bardzo przestraszonym człowiekiem, który próbował wcisnąć się w krawężnik. Mieliśmy tam blisko 30 km/h. Jakby ktoś go zahaczył, to stałaby się tam wielka kupa machająca dużą ilością rączek i nóżek. A ci na dole kupy nie mieliby się ok. Kości i kaski mogłyby pękać. Na szczęście udało się minąć.

Jadę swobodnie, zawsze w drugiej połowie pociągu. Na zakrętach nie hamuję, dociskam osobę z przodu, przekazując jej mój pęd, a ona przekazuje dalej. Bawię się techniką. Jadę szeroko, kręcąc łuki na zewnętrznych krawędziach. Czuję się świetnie. Zapomniałem o duszności, wydaje mi się, że tętno jest niskie, nie czuję, żebym się męczył. Potem sprawdziłem, że średnie tętno wyszło 155, czyli samiusieńka góra zakresu tlenowego. Ciutkę mocniej i byłoby mocno trudniej. Ale mnie się jedzie świetnie. Na gorszych odcinkach asfaltu jadę dwuoporowo przenosząc tylko ciężar z jednej nogi na drugą. Super bezpiecznie, prawie nie męczy, a da się utrzymać w pociągu, bo odległość do poprzedzającej osoby jest mała i pęd powietrza zasysa mnie do przodu.

Drugi moment zawahania miałem na starym asfalcie kilkaset metrów od agrafki: pęknięcie asfaltu złapało mi nogę, jak jechałem na zewnętrznej krawędzi. Nie mogłem wybierać toru jazdy, bo nasz pociąg wyprzedzał i był wyprzedzany. Szarpnęło, musiałem zejść nisko do przodu i zamachać rękami, ale się utrzymałem. Zupełnie inaczej było w Berlinie w 2018, tam czułem, że nie ustoję. Widać lepiej ogarniam.

Niby jechało się komfortowo i nadążałem bez problemu, ale to nie znaczy, że miałem kupę wolnego czasu. Trzeba było uważać. Nie było za dużo czasu na picie i jedzenie. Skupienie. Pilnowanie, żeby pojechać dobrym torem, nie stracić dystansu, ale i nie wpakować się w kogoś. Piłem chyba z trzy razy przez cały maraton. Na pewno za mało, ale temperatura była na tyle niska, że nie było dużej potrzeby. Żel zjadłem przed startem i potem jak po godzinie poczułem głód. Wydaje się, że wystarczyło, chociaż oczywiście jeśli poczułem głód lub pragnienie, to już zrąbałem. Trzeba jeść i pić wcześniej, zanim się poczuje potrzebę. Tu jest miejsce na poprawę, bo powinienem być w stanie włączyć “automatycznego pilota” i spokojnie zjeść i wypić.

Na Focha było szybko za każdym razem.

Plecy o dziwo dawały radę, ale to pewnie dzięki rwanemu charakterowi wysiłku. Jak tylko mogłem, to toczyłem się z rękami na kolanach. A potem lekko podganiałem. To lepiej robi na plecy niż stała, równa praca. Owszem, na ogólne zmęczenie pewnie gorzej, ale większy problem mam z plecami. Jak można było nadążać jadąc wyprostowany “na badyla” to jechałem. Najprzyjemniej utrzymywało się rytm zgodny z tym podawanym przez Kaśkę. Pasuje mi długi krok, podczas którego “wisząca” noga długo odpoczywa, a wysiłek jest jedynie izometryczny. A jak się dobrze wyjdzie na zewnętrzną krawędź i dociśnie to wcale nie jest wolniej.

Kilometry mijały

Jakoś tak po trzydziestym zauważyłem, że zaczyna mnie piec czworogłowy w lewej nodze. Nic wielkiego, takie przyjacielskie ostrzeżenie: jak Ty mnie nie będziesz dociskać, to ja nie docisnę Ciebie… Potem okazało się, że jak przestaję się pilnować to odległość do osoby poprzedzającej zaczyna powoli, niezauważalnie się zwiększać. Najwyraźniej technika zaczynała się lekko sypać na zmęczeniu. Można było tylko zacisnąć zęby i docisnąć piekący mięsień. Wychodził brak długich jazd. W sumie to po prostu brak jazd. Raz w Węgrzcach nakręciłem prawie trzydzieści w półtorej godziny i to było na tyle. To za mało, żeby uruchomić adaptację do takiego charakteru wysiłku. No i jeszcze ta infekcja. Ale ciągle dawałem radę, choć już z wysiłkiem. Tym bardziej starałem się jak najczęściej toczyć z rękami na kolanach.

Niestety nie zawsze dało się pojechać idealnym torem na agrafce. Ktoś przyhamował, trzeba było go wziąć po zewnętrznej i nagle jest się dziesięć metrów za przyspieszającym pociągiem. Nie ma problemu, trzeba zejść nisko i pociągnąć z buta! No, do pewnego momentu nie ma problemu. Potem trzeba zacząć w końcu płacić za ten debet w “koncie”.

Przejeżdżając przez metę trzy kółka przed końcem dogonił mnie Paweł, który właśnie wygrywał Cracovia Maraton. Wykorzystałem okazję i byłem pierwszym gratulującym wygranej. Na pewno nikt nie mógł tego zrobić wcześniej niż ja.

Podczas robienia tego zdjęcia byłem kilka metrów dalej…

Mniej więcej od tego momentu zacząłem odliczać kółka do końca. Zmęczenie już było. Tylko czujność mnie ratowała przed nagłym powiększeniem się dystansu po zakręcie. Inni też byli zmęczeni i psuli te zakręty, a jak jechali przede mną, to wpływali na mój wybór toru jazdy. No, niestety. Sił zostało mi tyle, żeby doczłapać w drafcie do mety, nie było czym wyprzedzać i przesuwać do przodu pociągu.

Ostatnia prosta do agrafki i od razu widać, że pociąg “zwęszył krew”. Zrobiło się szybciej. Trzeba było zejść niżej, staranniej prowadzić nogę w bok do powerboxa. Chrzanić tam protestujące nogi, już niedużo. Wytrzymają.

Ostatni przejazd agrafki. Oj, posypał się pociąg, musiałem omijać i wyniosło mnie na zewnętrzną. Już na starcie straciłem parę metrów, a tutaj wszyscy rzucają się do końcowego sprintu. No to jak wszyscy to wszyscy. Ja też.

Pocisnąłem! I w tym momencie jak mnie nie dziabnie!…

Skurcz w stopie. Też sobie wybrał moment! Stopa w twardym bucie nie ma ruchu, nie można w żaden sposób naciągnąć. Próbuję potrząsać stopą jadąc na drugiej nodze, ale nie działa. Skurcz siedzi mocno. Chyba nic nie zrobię. Próbuję się odpychać, ale jest to trudne. Skurcz grozi rozprzestrzenieniem się ze stopy na goleń i łydkę. Zaczynam powoli jechać. Po kilkudziesięciu metrach znajdujemy konsensus. Umawiamy się, że skurcz nie przejdzie wyżej, a jak nie będę pchał bardzo mocno.

No i tak się turlam do mety.

Na mecie

Przejeżdżam ją jakieś 45 sekund za moim pociągiem. Cracovia Maraton w ciut ponad godzina trzydzieści cztery (netto 1:34:02). Przed maratonem brałbym ten czas w ciemno. Teraz jestem po prostu zadowolony, że dojechałem, bo wcale nie byłem tego pewien. W końcu samo wystartowanie nie było pewne. Na szybką jazdę jeszcze będzie czas w tym sezonie. A przecież były dzisiaj i szybsze momenty.

Fajnie było. Przejechałem maraton w akceptowalnym czasie, w akceptowalnym samopoczuciu, mimo braku formy i przygotowania. Przy okazji, dzięki jeździe w pociągu poprawiłem m.in. swój rekord okrążenia Błoń o jakieś trzy sekundy.

Następna jest Skawina. Tam o sukcesie zdecyduje start. Jeśli załapię się z chłopakami będzie dobrze. A jak nie, to będzie jak zawsze. Na Cracovii też początek zadecydował o “wyborze” pociągu. Gdybym złapał się na wcześniejszy, może bym odpadł, a może bym dojechał marudząc na zmęczenie dokładnie jak teraz to robię. Nigdy nie dowiemy się jak by mogło być.

Odsłony: 0


Reader Comments

  1. Dublowal mnie Sz. Gość w charakternej apaszce chyba że 2x.. Gdybym wiedział, że to Ty, ….. 😉. Pzd. Zdrówka i spokóju w tym zwariowanym świecie 🙃..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.