"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Pt 4 lut 22 – Ofiara covida

Pt 4 lut 22 – Ofiara covida

Nie, nie jestem chory na covid. I nie byłem. Nawet się przetestowałem i wyszło ujemnie. Nie tylko zresztą ja.

Ale po kolei.

Jak wyjechać na narty w okresie pandemii?

Tradycyjnie rozpatrujemy Włochy lub Austrię. Kiedyś były to Włochy, bo więcej słońca i więcej łagodnych tras odpowiednich dla małych dzieci. Teraz raczej Austria bo lekko licząc trzy godziny drogi mniej. Co najmniej. Jak na przełęczy Brenner nie ma jakichś szaleństw czy innych lawin.

Włosi dodatkowo tej zimy zachowują się jak nie Włosi. Normalnie mają na wszystko wywalone. Teraz kontrolują na każdym kroku (teoretycznie) paszporty covidowe czyli green pass i dodatkowo wymagają testów. A karnety każdego dnia muszą być aktywowane przez użycie aktywnego green pass. Co zapewne ma zapobiec przypadkowi, że ktoś na kwarantannie chciałby sobie pojeździć.

Więc Austria. Bliżej i trochę taniej. A dzieci są już duże, w zasadzie już nie dzieci, a nastolatki i jeżdżą tak, że to my nie nadążamy. Po analizie dostępnych tras i cen skipassów padło na Zillertal. Spory region, ciekawy, umożliwiający przerzucanie się między nawet dość odległymi miejscowościami przy pomocy wyciągów. Infrastruktura ok, teraz kwatery. Mimo pandemii mało rozsądnych cenowo ofert, ale coś udało się znaleźć.

W grudniu władze Austrii ogłosiły, że na wjazd obowiązuje zasada 3G lub 2G+1, co oznaczało trzy dawki szczepienia lub dwie dawki pluś świeży test. My jako dorośli możemy się dziabnąć trzy razy, ale nasze dzieci nie. Bo nie. Albo jeszcze nie. Czyli mają te swoje dwie dawki i musimy im zrobić testy.

I tak uczyniliśmy. Wyjazd w sobotę nad ranem, a my w czwartek po południu idziemy się testować. I tutaj zonk. Ewidentnie ten sam pomysł miał duży odsetek populacji Krakowa i okolic. Pewnie też chcieli wyjechać w sobotę. A to oznacza długie godziny w kolejce i ostatecznie test zrobiony z łaski trzy po dwudziestej pierwszej. Za nami jeszcze z pięćdziesiąt samochodów, które musiały zawrócić i pojechać chyba do całodobowych testów przy Szpitalu Rydygiera.

Od wyniku testu zależy dużo. Czy jedziemy? A może czy wszyscy jedziemy? Godziny piątku mijają bez echa i widoczności wyników. W końcu próbujemy zadzwonić do laboratorium. Po półgodzince czekania w końcu odbiera bardzo przyjemna Pani Laborant. Prosi o numery i mówi, że powinno próbki udać się przetestować koło północy.

Ostatecznie były o trzeciej. Wszystkie (ufff!) negatywne!

Mogliśmy zatem dokończyć pakowanie i w drogę!

Atak zimy

Jak się jedzie w góry to w zasadzie powinno być oczywiste, że pada śnieg. Ale przez wszystkie ostatnie lata ani razu nie padało przy przyjeździe. Tym razem spotkało nas to rozczarowanie. Pomimo szczerych chęci ominięcia korka na autostradzie wiodącej przez Niemcy z Salzburga do Insbrucka nie zdecydowaliśmy się na przejazd przez góry. I okazało się to być doskonałą decyzją.

W kierunku Innsbrucka

Strzał otrzymaliśmy już na miejscu w Zell am Ziller. Do naszej kwatery w Heinzenbergu trzeba pięć kilometrów piąć się pod górę serpentynami. Już na podjeździe do serpentyn zatrzymały nas samochody stojące na boku i ubierające łańcuchy. Krótkie drapanie się po głowie, bo klęczenie w błocie pośniegowym i naciąganie łańcuchów na koła nie jest moim zajęciem marzeń, ale decyzja mogła zapaść tylko jedna. Ubieramy.

Na pierwsze koło poszło szybko. Ręce były wtedy jeszcze niezgrabiałe i rękawiczki nieprzemoczone. Heca się zaczęła przy drugim kole, tym od strony ruchu. No po prostu nie i nie. Trzeba zaznaczyć, że relacja wielkości koła i rozmiaru łańcucha jest graniczna, tzn. łańcuch daje się naciągnąć na koło, ale bez żadnego luzu. Wszystko musi się idealnie ułożyć. A tutaj noc, klęczenie w błocie, mijające na centymetry samochody oraz totalnie zgrabiałe ręce. A wymagane długie palce pianisty i szczupłe nadgarstki i olimpijski spokój i chyba też trochę szczęścia.

Ostatecznie po godzinie się udało i mogliśmy pojechać w górę. No i się zaczęło.

Widok z Heinzenbergu

Po drodze musieliśmy z trzema autobusami, w tym dwoma lokalnymi przegubowcami, wyminąć się na zakrętach. Aby to się udało musiałem wyjechać poza drogę. Bez łańcuchów powrót na jezdnie byłby niemożliwy. Niespodzianką okazał się też podjazd pod samą kwaterę, gdzie objawiło się nachylenie terenu rzędu dwudziestu stopni. Nie procent. Stopni. Łańcuchy wciągnęły nas elegancko. I uprzedzając fakty już do końca wyjazdu się nie przydały. Jupii!

Turystyka wyciągowa

Zaczęliśmy nieśmiało od Hochzillertal, gdzie po niedawnych opadach jazda była po miękkim i muldy błyskawicznie duże. Wszystkim to przeszkadzało, w tym dzieciom, które narzekały, że muszą trochę hamować. Że nie da się jeździć po muldach na pełnej kicie. Nie żeby nie próbowały, ale kończyło się to saltami. Po których nic im, skubańcom, nie było.

Kolejny dzień to już Zell am Ziller i warunki bardziej komfortowe, chociaż ciągle miękko.

We wtorek, dzień murowanej pogody, wybraliśmy się do najwyższej lokalizacji. Lokalny lodowiec: Hintertux. 3250 m n.p.m. Lampa sto procent, więc temperatury znośne, ale na samej górze “lekkie przeciągi”. Jednak po zjechaniu na pierwsze plateau już było kulturalnie. Ze względu na wysokość suchy śnieg na twardym, równym podłożu. Wreszcie bez muld! Było szybko.

Spieszmy jeździć po lodowcach, tak szybko odchodzą…

Samo zakwaterowanie na większej wysokości to niezły pomysł, bo jest się nad mgłami ścielącymi się nad doliną oraz widoki zapierają dech. W dobrą pogodę można nawet zobaczyć przelatujące Starlinki.

Kręcili nowego Bonda, czy odśnieżali antenę? No i co z tymi Starlinkami?

Następnego dnia kontynuowaliśmy dobrą passę i zaatakowaliśmy Penken znane z najstromszej trasy “cywilnej” w Austrii. Absolutnie najstromszy jest “Der Streiff” na którym rozgrywane są biegi zjazdowe Pucharu Świata, ale jest niedostępny dla publiki. Pewnie byłoby za dużo wypadków. Natomiast penkenowe Harakiri ma jedyne 78% średniego nachylenia i da się zjechać. Chociaż jak dla mnie było za twardo. Tak twardo, ze moje narty nie dawały się wciąć, a jak wcięły to i tak za chwilę wibrowały i gubiły krawędź. Prawdę mówiąc trochę męka. Tylko dzieciakom nie robiło różnicy.

Diablęta. Jak nic diablęta! Kuzynostwo na gigantkach, a moje dotrzymywały im kroku na slalomkach, chociaż nie powinny. Ale miały w nosie, że narty szukały skrętu i myszkowały. Dorosły by spękał, a im to do głowy nie przyszło. To się nazywa nieśmiertelność.

W ostatni dzień słonecznej pogody podjechaliśmy na przełęcz Gerloss, aby pojeździć po bardziej oddalonych częściach kompleksu Zillertal Arena. Niby można się przerzucać wyciągami między miejscowościami, ale wszystkie wyciągi kończą pracę o tej 16.30 i po południu pojawia się stres, czy zdążymy wrócić. Albo “oby nic dziwnego się nie stało, bo nie zdążymy”. Czasami wystarczy pomylić wyciągi. Tutaj już było widać na horyzoncie nadciągające chmury śniegowe.

Na popołudnie zostawiliśmy sobie Hochkrimml, który ma ekspozycje na zachód i jest tuż przy parkingu. Można powiedzieć, że łapaliśmy słońce do ostatniej możliwej chwili!

W ostatni dzień musieliśmy się mierzyć z dużym śniegiem i wiatrem. Pozamykali w Zell wszystkie wyciągi poza gondolkami, które większość trasy pokonywały osłonięte drzewami. No i przez to jakieś nieduże kolejki się tworzyły. Ale w tych kolejkach sami twardziele. I dzieci. Dzieciom zasadniczo nic nie przeszkadzało. Urosły muldy jak smoki, a one używały ich jak skoczni w funparku.

Ostatecznie w ten ostatni dzień pojeździłem do syta. Warunki nie pozwalały na jakieś szalone carvingowanie po zboczu. Raczej krótki skręt. Śmig i manewry między muldami.

Wyjechałem do domu spełniony. Wyjeżdżony po dziurki w nosie.

Ale co z tym covidem?

Ale co z tym covidem?

Skąd ten dramatyczny tytuł? Czy zachorowaliśmy? Nie. Chociaż chrześniak przywlókł jelitówkę z obozu kondycyjnego młodych piłkarzy. Przeczołgała jednak tylko jego rodziców. Ja nawet po powrocie zrobiłem test na Covid, bo podobno wariant omikron daje objawy trochę jak grypa żołądkowa. Jelitowe i bóle pleców.

Właśnie: bóle pleców.

Jak wyjechaliśmy pierwszą z trzech gondolką na pierwszy poziom Hintertuxa zorientowałem się, że paszporty covidowe zostały w aucie. I musiałem się wrócić. Idąc w dół na parking przegapiłem tzw. czarny lód i wyrżnąłem jak na kreskówce do tyłu. Nogi wyżej głowy, te sprawy. Dzięki Bogu odruchy z siatkówki zadziałały i zrobiłem poprawny pad w tył z amortyzacją rękami, ale mimo wszystko walnąłem porządnie. No i od tego momentu ból pleców narastał i narastał. Aż w końcu wybrałem się już po powrocie do fizjoterapeuty, który potwierdził, że nic złego z kręgosłupem, za to uszkodziłem sobie prostownik grzbietu po jednej stronie. I teraz trzeba go rozluźniać, grzać, chłodzić, lekko mobilizować i nie przeciążać. Okolica bardzo bolesna, niestety. Upierdliwa kontuzja, która nie pozwala wrócić w pełni do treningów.

I wszystko przez covida!

Odsłony: 0

Reader Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.