"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Pon 17 sty 22 – Z nowym rokiem nowym krokiem

Pon 17 sty 22 – Z nowym rokiem nowym krokiem

Styczeń, pierwszy WueF Kksw i zapowiedziana masakracja styczniowa. Bo kroki “tańca” ćwiczymy już trzy miesiące i jesteśmy gotowi. Ponoć.

To jak tam te symulacje?

O ile ćwiczenia na nogi nie zmieniły się i procedura była dokładnie taka jak w grudniu, to zakończenie każdej serii secikiem na brzuch i core wprowadziło “nową jakość”. Scyzoryki, wzniosy dwóch nóg, wzniosy jednej nogi bez opuszczania drugiej, plank, pompki, planki boczne. Niby nic wielkiego, ale po porządnym paleniu w nogach było to ciężkie do zrobienia. Tylko kilka pierwszych powtórzeń łatwe, a potem walka o życie.

A potem przyszła druga seria. O! O, o! Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem! Żeby zmęczenie core UNIEMOŻLIWIŁO poprawne napinanie mięśni ud i niskie zejście do pozycji jednonożnej?! Trwało to chwilę i przeszło, już od drugiej serii było mniej więcej normalnie, ale to zupełnie nowe doznanie i trochę, tego, niepokojące. Uczę się nowych rzeczy o swoim ciele. Temat, zgaduję, związany z pracą układu nerwowego. Unerwienie core i nóg jest na tym samym poziomie i jeśli core cały czas siał sygnałami elektrycznymi o dużym zmęczeniu, to musiały być jakieś przebicia puszczane na nogi. A przy drugiej serii mózg się zorientował, że jest robiony w konia i włączył jakąś filtrację.
To akurat jest optymistyczne, bo mogę podejrzewać, że nauczy się poprawnie reagować.
Zobaczymy.

Drugi i trzeci i czwarty secik na brzuchy po drugiej serii na nogi był po prostu straszny. Nie byłem w stanie robić odpowiednio długich serii ćwiczeń.

Chyba za mało ostatnio ćwiczyłem core. Parę planków co tydzień to nie jest dosyć. Trzeba by przycisnąć i dołożyć do trzech sesji w tygodniu. Jak to się uda przypilnować to za miesiąc powinno to zupełnie inaczej wyglądać. Powinno, a czy będzie?

Cieszy, że akurat w tym tygodniu trening na rolkach przesunięty na niedzielę, bo w sobotę rano zakwasy w pełnym rozkwicie. W niedzielę lepiej. Zdecydowanie.

Powerhouse

Ostatnio na siłce wziąłem 110kg w martwym. Uznaję to za mój aktualny max, bo już góra pleców nie wytrzymywała, zaokrąglało mi łopatki. Muszę zatrzymać dokładanie ciężarów na jakiś czas i poczekać aż się wzmocnią. Progres będzie przez dokładanie powtórzeń.
Natomiast przysiady ze sztanga i hammer poniżej ostatnich osiągów: squat 60, a hammer 120 kg. Coś mnie zaczęło kłuć kolano w tym samym miejscu, co dwa tygodnie temu po tym jak mi uciekło do środka jak podnosiłem 160 kg na hammerze. Więc spasowałem. Zamiast tego dołożyłem trzy serie bułgarskich z ciężarkami 2x10kg. Mały ciężar więc małe ryzyko, a ogień w nogach jest. I to jaki!

Hamstring curls – poza martwym chyba największy progres. Na początku męczyłem się z 20 kilogramami, a wczoraj na trzecią serię wziąłem 35 kilo. I było łatwiejsze niż kiedyś 20. Dwójki zorientowały się, że skończyła się laba! 🙂

Podciąganie z odciążeniem. Chyba też jest lepiej, bo udało się zrobić trzy pełne serie. No i byłem w stanie pilnować techniki, ściągać łopatki przy podciąganiu. Ale jeszcze nie pora myśleć o zmniejszaniu odciążenia.

Z kolei rano podczas drylandu złapałem się na tym jak łatwo mi zaczęły wychodzić wyskoki z jednej nogi. Tak, te same, które doprowadzały mnie dwa miesiące temu do rozpaczy. Jest stabilność, jest siła. Jest ok. (Owszem, Swings skacze wyżej. Brawo! Ja się cieszę swoimi postępami) I nie to, że nogi jakieś super dobre. Ledwo wytrzymałem minutę statyki w dwunożnej niskiej.

Chociaż może było trudniej dlatego, że minutowe przerwy pomiędzy minutowymi ćwiczeniami drylandu wykorzystywałem na robienie różnych wariantów planków. Co ciekawe plank tyłem z podparciem na łokciach okazał się bardzo trudny. Tyłek jest w tej pozycji bardzo nisko i nie można sobie pozwolić nawet na minimalne jego opuszczenie.

Pamiętając też jak mnie na treningu KKSW zniszczyły pompki robione po plankach włączyłem taką właśnie kombinację do swojej rutyny. Trzeba nauczyć się łączyć elementy wykorzystujące odmiennie te same grupy mięśniowe. I nie, nie jest to, póki co, przyjemne.

Trust issues

Jak dobrze policzyć to czwarta zima na hali. Mogłoby się wydawać, że strasznie dużo tej jazdy. Ale może wreszcie wystarczająco dużo i progres przyspieszy. Jest siła, jest mobilność, jest znajomość techniki. Co trzeba zrobić, żeby wreszcie przejechać piękny, niski, szybki łuk na wewnętrznej nodze?

Zaufać.

Trzeba odrobiny zaufania. Środkowi ciężkości włożonemu do środka zakrętu, że pociągnie w zakręcie, a sile odśrodkowej, że utrzyma pochylenie i nie pozwoli się wywrócić. Już to się trochę dzieje, już zaczynają się fajne odcinki łuku przejechane w prawidłowy sposób. Głowa zaczyna czuć różnicę. Prawidłowo przejechany łuk wymaga mniejszej siły niż gdy brakuje pochylenia i trzeba nogą przeciwstawiać się sile odśrodkowej. O ile nasze nogi są bardzo silne w przypadku obciążania w dół jak działa grawitacja, to kiepsko działają, gdy siła idzie po skosie. Dlatego prawidłowa technika to proste linie. Zero rozgotowanych makaronów!

Myślę, że bardzo pomagają podobne i bardziej skomplikowane figury rzeźbione na łyżwach. Dają przekonanie, że przecież potrafię, daję radę na lodzie, to tutaj też da się zrobić. Plus mnóstwo robionej tam stabilizacji.

No i potrzebna jest prędkość. Speed is what you need! Paweł widząc, że mam opory przed wejściem w prawe łuki wystarczająco szybko napędzał mnie ręcznie popychając jak do zmiany sztafety przed zakrętem. Naprawdę daje radę! To mogły być najszybsze łuki w prawo jakie do tej pory jeździłem. Ever. I parę kawałków łuku byłem w stanie przejechać na prawej, wewnętrznej nodze.

Wygląda, że jest szansa, że nauczę się w końcu jeździć.

Jestem za!

Odsłony: 0


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.