"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Nie 10 paź 21 – Ostatnie podrygi indiańskiego lata

Nie 10 paź 21 – Ostatnie podrygi indiańskiego lata

Czy to złota Polska jesień, czy bardziej “indiańskie lato“. Nie ważne. Korzystamy i jeździmy.

Samotność maratończyka

Wczoraj “rozgrzewka” na okolicznych hopkach. Temperatura jednocyfrowa i to się pięknie przekłada na ilość spotykanych rowerzystów. Było ich mniej niż stopni, bo tylko trzech, na godzinę jazdy. Trzeba też przyznać, że w takiej temperaturze człowiek jakoś nie ma ochoty cisnąć tak mega hiper mocno. Fajnie, że słońce świeci, chociaż szkoda, że nie grzeje.

Słońce jakby nie miało siły grzać

A dzisiaj coś co tygrysy lubią najbardziej: mała ustawka klubowa na Kopance. Udało się zmontować dwa pociągi i pojeździć całkiem ostro. Prawie tak ostro jak ostry wiatr był. Nawet przez pięć minut byłem w piątej, anaerobowej strefie tętna, co jest sporym wyczynem jak na trening. Samemu: niewykonalne.

Tak się zastanowiłem: na początku sezonu półmaraton w 47:30 to był szczyt marzeń. Teraz na czas poniżej 47 kręcę nosem, bo mi pociąg uciekł. A, że wiało, to nie jest okolicznością łagodzącą.

Park Jordana. Nie Michaela.

Zawsze schodź ze zmiany jeszcze z resztką sił!

A uciekł, bo nie śledziłem wystarczająco sytuacji taktycznej. Jechałem wtedy z Wojtkiem i prowadziłem na długiej prostej pod wiatr. Sto metrów przed zakrętem wyjechałem się prawie do cna, ale to nie powinno być problemem, skoro tylko Wojtka muszę dogonić. Więc zszedłem ze zmiany. I wtedy nagle się okazało, że nie sam Wojtek jest z tyłu, tylko ma wsparcie całego pociągu. Oczywiście w tym momencie pociąg depnął, a ja zorientowałem się za późno i za późno zacząłem przyspieszać, zresztą nie za bardzo miałem czym przyspieszać, bo przecież właśnie się wyjechałem na 98%, to lekki podjazd pod wiatr za zakrętem wyciął mnie. Wagoniki powolutku odjechały. Półtora kółka przed końcem półmaratonu, nawet mniej. Powinienem był zacisnąć zęby.
Ale trudno. I tak dzielny byłem, że takie tętna wytrzymałem.
A tętna wysokie, bo sama technika pod wiatr nie wyrobi. Słońce słońcem, ale indiańskie lato szafuje zimnym wiatrem. Trzeba cisnąć. Za długo prowadziłem i to cała historia.

Indiańskie lato na Jurze. Żółcie są, czerwieni mało. Zbyt duża jednolitość gatunkowa.

Na gorąco myślałem, że zabrakło mi motywacji, czy wytrwałości. Potem na zapisie sprawdziłem, że miałem w tym momencie tętno 180, czyli dla mnie bardzo wysokie. Normalnie do 173 pracuję na rolkach i to podczas interwałów. A wcześniej miałem już i do 186 i nawet do 190. To ten wiatr. Nie tyle mnie odcięło, co po prostu wymęczyło i musiałem w końcu odpuścić.

Dochodzi jeszcze czynnik psychologiczny. Po przejechaniu dystansu półmaratonu zrobiłem jeszcze krótki rozjazd i podczas niego zamiast cisnąć pojechałem czysto technicznie. Jakież było moje zdziwienie, jak okazało się, że z wiatrem prędkość była taka sama. Pod wiatr owszem mniejsza. To tylko pokazuje, że technika i siła tak, ale głowa jest najważniejsza.

Dobrze jest mieć z kim pojeździć. Na własnej skórze przećwiczyć różne taktyki. Taki trening z klubem to praktycznie wyścig.
Odda w przyszłym sezonie. Chciałoby się co najmniej w Berlinie zrobić kolejną życiówkę.

Hits: 0


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.