"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Sb 2 paź 21 – Po drugiej stronie lustra

Sb 2 paź 21 – Po drugiej stronie lustra

Tuż przed zamknięciem sezonu

Ostatni maraton rolkowy sezonu. Pierwsza myśl przychodząca mi do głowy w temacie maratonu gorlickiego to było, że mam na niego wywalone. Mogę pojechać, mogę nie pojechać. Zrobić dobry czas, albo nie. Mogę. Nic nie muszę. Chcę tylko pojechać możliwie szybko, w fajnej grupie. Poczuć dreszcz wywołany częściowo prędkością, a częściowo wibracjami asfaltu pochodzącymi od prędkości. Chcę się bawić ostatnim wyścigiem sezonu, który już był dla mnie udany. Co chciałem już zrobiłem. Cała presja zeszła. Została zabawa i przyjemność. Spotkanie z przyjaciółmi z rolek. Takimi samymi świrami jak ja. No, może trochę mniejszymi.

Dzień maratonu od ranka był bardzo zajęty. Wczesne wstawanie, pakowanie, gotowanie makaronu na obiad przed wyścigiem i ogólne ogarnianie w ekspresowym tempie. Musiałem obsłużyć logistycznie poranne zajęcia rolkarskie córki i kuzynki, potem je z powrotem rozwieźć i dopiero miałem czas dla siebie. I to tak totalnie na styk. Cud, że nic nie zapomniałem. Gdyby nie ponadnormatywny korek na Opolskiej, to nawet zdążyłbym na Czyżyńskie gdzie umówiłem się z Kasią, Jurkiem i Sebastianem. Na szczęście wybaczyli mi te dziesięć minut spóźnienia, ale musiałem odkupić winę opowiadaniem jak to było w Berlinie. Coś jednak czuję, że jakbym nie miał nic do odkupienia to też bym opowiadał.

To moje trzecie Gorlice, a drugi maraton. Na miejscu wszystko znajome, zaskoczeniem tylko brak wstępu do toalet w budynku. Trzeba się zadowolić dwoma tojkami. Szczęśliwie tłumów brak, choć wyścig podwójny, bo najpierw kryterium kolarskie. Nawet w środku była woda i mydło.

Przed maratonem rolkarskim odbywa się w Gorlicach kryterium kolarskie na dystansie również 42 kilometrów. Jest szybko!

Z jakiegoś powodu orgowie nie przyjmują do wiadomości, że samoprzylepny papier na mokrych ubraniach nie ma szans i przygotowują takie same numery startowe rok po roku. Czy to możliwe, że wychodzi to taniej niż cztery małe agrafki na osobę? W każdym razie trzeba ze sobą takowe mieć i przypiąć, jeśli numer ma dojechać. Wlepki się trzymały najwyżej na dzieciach, które jechały 500 metrów. Jak tylko materiał nasiąkał potem klej błyskawicznie puszczał. Na wyścigu trochę numerów fruwało na wietrze…

Przygotowania

Jak kolarze startują do swojego kryterium dwie godziny przed nami to jest ostatni dzwonek, żeby zjeść porządny, lekki, wysokowęglowodanowy, a niskoresztkowy posiłek. W zeszłym roku kasza z warzywami, a w tym wybór padł na makaron z dżemem. Trochę ze względu na brak czasu na zabawy w kuchni. To była wersja wystarczająco satysfakcjonująca, a najszybsza. Wrzuć domowy dżem na ugotowany makaron. Gotowe. Dało radę, ale tylko dzięki temu, że to był domowy, pyszny, lekko kwaskowy dżem. Na sklepowym by zmuliło.

Na trasie pojawiłem się jakieś dwadzieścia pięć do czwartej, akurat tyle czasu, żeby spokojnie przejechać kółko. Podjazd wyglądał lepiej niż w zeszłym roku, bo dużo mniej było liści. Za to jakąś budowę tam prowadzą i pojazdy pozostawiały na asfalcie placki gliny, która trochę psuła wrażenie. Hitem były głębokie dziury na ciasnym wjeździe i wyjeździe z ronda na najszybszym odcinku. Owszem oznaczone, ale jak komuś tam kółko wpadnie to nie ma szans. Za to reszta w najlepszym porządeczku. Albo lepsze koła, albo coś innego się poprawiło, bo asfalt na prostej startowej w ogóle nie było czuć w kategorii tarki.

Przed biegiem głównym był bieg dzieci na 500 metrów

Wiatr i owszem: trochę szaleje. Ale nie aż tak jak rok temu. Mimo wszystko nie aż tak. Schemat jednak jest identyczny: start, sto metrów do zakrętu, zakręt dziewięćdziesiąt stopni, sto metrów do torów. Pierwsze tory można przejechać, drugie trzeba przeskoczyć. Potem jakieś trzysta metrów podjazdu, który obiektywnie łagodny, podczas wyścigu robi się bardziej stromy za każdym z trzynastu przejazdów. Następnie skręt w lewo o kolejne dziewięćdziesiąt stopni i wyjazd na długą prostą. Na początku jest ocieniona drzewami, ale już wiatr wieje troszkę w pyszczek. A jak tylko drzewa się skończą od razu dostajesz wiatrem z liścia w twarz! Lepiej nie jechać wtedy samemu i w wyprostowanej pozycji, bo może zatrzymać. Końcówka tej prostej pod wiatr jest leciutko z górki i potem zaczyna się zabawa: seria zakrętów.

Najpierw normalny ciut mniej niż kąt prosty w lewo. Potem przejazd małym rondkiem, wyjazd na prostą i zakręt w lewo o jakieś sto dwadzieścia stopni. I otóż jesteś znowu na prostej startowej z wiatrem w plecy. Nie pozostaje nic innego tylko wrzucić piątkę i zapierniczać ile sił w nogach, ale uważając, bo jeszcze po drodze jest to jedno rondko z dziurskami. Tam lepiej ich wypatrywać. I z namysłem ogarniać temat wyprzedzania wolniej jadących, które oczywiście w tym miejscu również może się zdarzyć. Zresztą na tej serii zakrętów również.

Przynajmniej odpuścili sobie przykrywanie kabla od pomiaru czasu wielgachną rynną, na której Janusz tak malowniczo się wyłożył rok temu. Tym razem przejeżdżaliśmy przez centymetrowy kabel przylepiony szarą taśmą do asfaltu. Idealnie. Na kołach 125 to nawet nie szarpało.

Po punktualnym ustawieniu na starcie czekało nas trochę więcej niż myśleliśmy stania, bo organizatorzy odmawiali puszczenia wyścigu, dopóki nie wróci karetka. A karetka zawiozła Magdę po zasłabnięciu do szpitala. Może jest dziewczyna z żelaza, ale i żelazo ma swoją wytrzymałość. Planowała jak zwykle wygrać kryterium kolarskie, a potem jeszcze maraton na rolkach. Ale coś musiała niedoszacować i dostała czerwoną kartkę od organizmu. Wierzę, że się pozbiera.

Start i co dalej?

Wystartowaliśmy zatem trochę opóźnieni, po kilkunastu minutach stania, ale ponieważ jeszcze świeciło słońce to nie było problemu wychłodzenia. Trochę się zastanawiałem jak rozegrać te pierwsze kilka ruchów w tłumie, które mi zazwyczaj totalnie nie wychodzą i stwierdziłem, że jak nie będzie można inaczej, to zrobię kilka odepchnięć jak na hulajnodze. To bezpieczna, wąska pozycja, powinno dać radę. No i w sumie co dokładnie się podziało podczas startu to do końca nie wiem, bo za dużo się działo za szybko, ale poszedł lepiej niż się obawiałem, chociaż nie tak dobrze jak bym chciał. Wyszedłem z gęstego tłumu daleko przed pierwszym zakrętem i mogłem zacząć budować prędkość. Za zakrętem i torami zorientowałem się że z klubowiczów w zasięgu jest Mary, dalej Sebastian, a jeszcze dalej Jacek. Plan był jechać z Sebastianem, ale ciągle jeszcze było gęsto, wszyscy cisnęli, było szybko, choć pod górę i stwierdziłem, że na razie trzeba dołączyć do klubowej koleżanki, skleić jakiś mały pociąg i w ten sposób gonić resztę, a nie samemu.

Czekanie na start

Żeby ten plan się mógł udać musiałem pociągnąć przez większość pierwszego kółka, w tym tą najgorszą prostą pod wiatr. Oddałem prowadzenie dobrze na prostej startowej. Ale najważniejsze, że miałem komu! Nagle zorientowałem się, że jest nas chyba siedem osób i znam wszystkich w pociągu! Sami swoi.

Następne kilka okrążeń trwało dogrywanie prowadzenia. Po kolei wszyscy się wymieniali z przodu, także Mary odważnie pociągnęła i ja ponownie również, chociaż najlepiej się czułem z tyłu pociągu, gdzie mogłem kontrolować sytuację i odległość od poprzedzającego zawodnika. Tak się trafiło, ze najdłuższy kawałek jechałem za Marcinem. Jego technika odbicia ma jeszcze ogromną składową ruchu do tyłu, a przez to jest ryzyko zahaczenia. Dlatego nie należy bardzo blisko podjeżdżać. Mimo wszystko na prostej pod wiatr podjeżdżałem tak blisko jak się dało, żeby tylko nie tracić bez potrzeby sił. Grunt być świadomym ryzyka, a nie być zaskoczonym jak na Mazurskim…

Jak najczęściej starałem się też toczyć z rękami na kolanach, aby profilaktycznie chronić plecy. Przez to momentami zostawałem odrobinę z tyłu, ale wystarczyło parę dłuższych kroków z wyjściem na zewnętrzną i już byłem przyklejony. Ale był taki moment jak coś się nagle podziało: kilka pojedynczych osób trzeba było wyprzedzić, a jechali to z prawej, to z lewej i jeszcze nałożyły się na to (lub pod to) nierówne pokrywy kanalizacyjne. I w sumie odpadłem jakieś dziesięć metrów na prostej pod wiatr i tam trzeba było przycisnąć mocniej, aby wrócić. Od razu plecki zaczęły się odzywać. Więc po dogonieniu pociągu tym bardziej starałem się je przyszanować za każdym razem jak tylko to było możliwe. Oby tylko bezpiecznie, nie ryzykując, że pociąg odjedzie. Ryzyko jednak praktycznie nie istniało. Byłem w stanie dogonić pociąg czy pod wiatr, czy pod górę, czy z wiatrem, czy na rondkach. Pod tym względem jechało się bardzo dobrze.

Zakręt w lewo na końcu prostej startowej, po przejechaniu przekładanką dystans schodził do zera.

To nie znaczy, że nie szybko. Na prostej z wiatrem w plecy regularnie jechaliśmy około 35-36 km/h. Na prostej pod wiatr ze zdziwieniem w pewnym momencie zauważyłem 32 km/h. Z tego wszystkiego najwolniej bywało na podjeździe pod górę. Tam w pewnym momencie, trzy okrążenia przed końcem, stwierdziłem, że chyba zaraz będę musiał hamować (pod górę!) i zamiast tego wyskoczyłem z tyłu, żeby pociągnąć wszystkich. Ale zrobiłem to trochę za szybko: nie pojechali za mną. I z próby dania zmiany wyszła ucieczka. Nagle zorientowałem się, że jesteśmy w trójkę z Sebastianem i Damianem, którzy przejechali razem mazurski i zapowiadało się dobrze. Myślałem że już tak dojedziemy ścinając jeszcze trochę czasu z wyniku. Jednak pociąg nas dogonił jeszcze przed końcem prostej startowej, czyli nie trwało to całego kółka. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Taka to była niechciana ucieczka. Może kiedyś będę się porywał na faktyczne.

Ostatnie podrygi “ucieczki”

Stosunkowo duża ilość dosyć ostrych zakrętów zachęcała do używania na nich przekładanki. Szczęśliwie wszystkie poza dwoma były w lewo i mogłem się na nich napędzać. Dzięki temu za którymś razem wyleciałem z łuku na prostą startową napędzony do ponad 38 kilometrów na godzinę. Fajna sprawa, bo wysiłku przy przekładaniu od czasu do czas prawie nie czuć. To nie hala, gdzie się prawie tylko przekłada. Ale za to jak wychodzisz z hali, to naprawdę masz to w nogach.

Roszady i tasowania

W pewnym momencie pojawił się w naszym pociągu Andree i choć zamiast równo jechał zrywami, to początkowo wydawało się, że dobrze się w nim czuje. Chyba jednak zabrakło praktyki jazdy w pociągu i jak sytuacja na drodze się skomplikowała to zniknął z tyłu, żeby się już nie pojawić.

Po trzech lub czterech kółkach nasz pociąg dogonił ten, w którym jechał Sebastian z Kamilą i jeszcze dwoma kolegami, którzy tylko trzymali się ich z wysiłkiem. Nagle było nas dużo. Opcja pozostawania z tyłu przestała być atrakcyjna, jeśli jedzie przed tobą ktoś, kto wyraźnie ma problem i może w każdej chwili odpadając odciąć Cię od pociągu. Przeszedłem więc z końca do połowy pociągu. Nawet w sumie lepiej. Lepsza widoczność do przodu. Tasowanie w pociągu robiło się jednak cały czas i jadąc całkowicie pasywnie szybko wylądowałoby się znowu na ostatnim miejscu. Trzeba było trochę się pilnować i nie unikać zmian.

Kontrolując jazdę pociągu na szybkim odcinku

Jechaliśmy w miarę szybko. Po połówce zniknęła Mary i Wojtek, którzy jechali tylko półmaraton, ale pociąg był ciągle wystarczająco duży. I w miarę szybki. Tylko na podjeździe się ślimaczył. Ile tam traciliśmy na jednym podjeździe? Dziesięć sekund? Dwadzieścia? Niby mało, ale gdyby to było dziesięć sekund to przy trzynastu podjazdach to już daje ponad dwie minuty. A przy dwudziestu sekundach to już prawie cztery i pół minuty. Na pewno tutaj jest potencjał do poprawy w przyszłym roku, nawet jeśli nie poprawimy tempa jazdy z wiatrem i pod wiatr. A poprawimy, spokojna głowa!

W pewnym momencie zacząłem się w niebezpieczny sposób zastanawiać, czy my nie jedziemy aby za szybko. Kiedyś takie myśli potrafiły mnie zablokować, musiałem zwalniać bo sztywniałem. Chyba nawet w Gorlicach rok temu tak mogło być. Teraz jednak najwyraźniej już się przyzwyczaiłem i co prawda prędkość cały czas na mnie robi wrażenie, ale wiem, że sobie przecież poradzę. I wiem jak. Można zatem cisnąć nawet i bardziej.

Ekspres przyspieszony blisko końca prostej startowej

Najmocniej chyba było na łuku przed prostą startową, gdzie przekładanka pozwalała się pięknie bujnąć. Nieźle bywało też przy przekładaniu na końcu prostej startowej, gdzie jechaliśmy już rozpędzeni do tych 36  kilometrów na godzinę i jak się do tego jeszcze dołożyło przekładankę, to aż w grunt wciskało na wirażu! Strava pokazała maksymalnie ponad 40 kilometrów na godzinę.

Przydadzą się zapowiedziane przez Pawła treningi bez rolek. Czułem wyraźnie, że momentami brakuje mi siły. Widziałem jak Piotrek ciśnie i poza przyzwoitą techniką siły miał naprawdę dużo. Tyle, że szybko się męczył. Ze dwa razy próbował robić jakieś ucieczki, ale kończyły się po kilkuset metrach. Odcinało go. Identycznie było w Berlinie. Możliwe, że jest po prostu naturalnym sprinterem.

Piotrek Felix próbuje ucieczki

Siła jest potrzebna, żeby przekraczać kolejne bariery w prędkości. Nawet jeśli się jedzie z wiatrem w plecy i tak trzeba się składać nisko, żeby nogi miały dobry zasięg, a to wymaga siły. Siły też trzeba, by w tej pozycji odpychać się. Pchamy wtedy prosto w bok i rolka prawie nie ucieka do tyłu – stawia duży opór. I o to właśnie chodzi. Ten opór oznacza, że wreszcie jest możliwość napędzenia się do bardzo nierozsądnych prędkości. O ile starczy pary w nodze.

Ten finisz…

Na ostatnim okrążeniu zorientowałem się, że pociąg nie ma świadomości, że to ostatnie i krzyknąłem, żeby to koniec i żeby zagęszczali ruchy! Od tego momentu przyspieszył. Na ostatniej prostej zrobiło się mocno szybciej. Wtedy poczułem, że nogi są już zmęczone i nie będę miał za bardzo czym pocisnąć na finiszu. To mogła być ta quasi ucieczka trzy kółka wcześniej. Trochę tam dołożyłem do pieca pod górę i potem pod wiatr. Trzeba było na prostej pod wiatr po cichutku przesunąć się do szpicy pociągu, a nie gadać. Udawało się jednak utrzymać kontakt z grupą. Już nie pociągiem, bo porwał się i poszedł w lekką rozsypkę.

W końcu meta. Dużo się działo na raz, bo utrzymywanie prędkości, przygotowywanie się do przejazdu przez kabel, wybieranie toru jazdy. Zauważyłem tylko, że nagle znikąd pojawił się kamerzysta. Klęczał na środku jezdni i nagle wstał. No i jadąca może dziesięć metrów przede mną Kamila z Silesia Skating centralnie w niego przydzwoniła. Odbili się od siebie jak piłeczki i upadli do tyłu waląc głowami o asfalt. Na szczęście byłem na tyle daleko, że bez problemu ominąłem. To było tuż obok karetki, więc mijając ją zauważyłem startujących biegiem ratowników.

Wytracaliśmy prędkość powoli, jeszcze przetoczyłem się przez zakręt i nawet pęd poniósł za tory. Tam sobie dziękowaliśmy za jazdę w pociągu. Było mocno, było szybko, było dobrze. Szkoda, że ten wypadek na końcu. Wyglądał bardzo źle. Oby wszystko dobrze się zakończyło.

Czasu na mecie orgowie nie potrafili podać, bo padł im system. Na moment pisania tego tekstu, dwa dni później, czasy ciągle są nieogłoszone. Możliwe, że nie ogłoszą. Pozostaniemy wtedy z tym co sami sobie zmierzyliśmy. W moim przypadku to 1:27:22 (oficjalny czas to 1:27:26). Czyli jednak na sam koniec udanego sezonu z przytupem przeszedłem na drugą stronę 1:30. Nie Berlin, tylko Gorlice! Taka niespodzianka. Berlin najlepszym treningiem przed Gorlicami!

Czy mogło być tego dnia lepiej? Wydaje się, że przed nami była spora dziura. Wiem, ze Stravy, że pociąg Jacka przyjechał 1:20. Nie sądzę, abym był gotowy na utrzymywanie średniej typu 31-32 km/h, więc całkiem możliwe, że wyszło optymalnie. Chciałem jechać i dojechać z Sebastianem i to się bardzo udało.

Wykorzystałem okazje, przygotowanie i umiejętności. Wyszło dobrze. Teraz miesiąc przerwy i od listopada zaczyna się znowu…

#roadtoberlin22

Hits: 0


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.