"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Nd 20 cze 21 – III Koronowo Roller Cup

Nd 20 cze 21 – III Koronowo Roller Cup

Drużyna pierścienia

Na maraton mieliśmy jechać w kilka samochodów, ale dzięki Gosi udało się skrzyknąć i wynająć zaprzyjaźnionego dziewięcioosobowego busa. Do busa następnie upchnęliśmy ekipę Kraka pod światłym kierownictwem Pawła Ciężkiego. Dosłownie kierownictwem, gdyż kierował w obie strony – w tym po wygranym przez siebie #solo maratonie. Solo, w godzinę i dziesięć minut. Mocarz! My tam na krzesełkach odpadaliśmy po wyścigu, a on dawał radę chociaż chwilę wcześniej natłukł wszystkim i to jedną ręką!

Wyruszyliśmy zatem autem zapakowanym po dach kaskami, rolkami, bananami, izotonikami i odżywkami wegańskimi w świat. Na północ. W upał i w korki na A1.

Już w piątek pogoda pokazywała na co ją stać. Samochód był, dzięki Bogu, klimatyzowany, a i tak było momentami trudno było wytrzymać. Jak w tym starym dowcipie: nie mówię, że w naszym busie było gorąco, ale w pewnym momencie pojawiły się w nim dwa hobbity i wrzuciły jakiś pierścień… Jednak autobus był wesoły, nastrój znakomity, dyskusje ciekawe i momentami gorętsze niż pogoda. Wyścig wyścigiem, ale dla mnie ten wspólny czas w podróży był dodatkową zachętą do wyjazdu.

Race track check

Dobiliśmy do lekko zapyziałego ośrodka wczasowego pod wezwaniem Poloneza po około siedmiu godzinach jazdy. Typowy ośrodek z ubiegłej epoki, zdecydowanie pamiętający lepsze czasy. Taka solidna końcówka lat siedemdziesiątych. I możliwe, że od tamtego czasu wykładziny nie były prane. Ciężko na czymś takim się rozciągać. Ale rozciągać się trzeba więc nie ma co roztrząsać tematu.

Korzystając z długiego dnia pojechaliśmy jeszcze sprawdzić trasę. Parking bezpośrednio pod Leśną Krówką (co za fantastyczna nazwa dla ośrodka harcerskiego!), rolki i w drogę. Pierwsze zdziwienie: start w dół i to nie jakoś tak bardzo delikatnie. Solidne cztery, a może i pięć procent nachylenia. Potem z pół kilometra wspinania się ponownie i dopiero płaskie. Ogólnie trasa zawierająca lokowanie podjazdów. Mimo przeważających prostych w miarę kręta i ten zjazd do mety obiecujący grube dziesiątki kilometrów na godzinę na budziku…

Ruszyłem pod górę i coś mi rolka marudzi. Stuka i stuka. Patrzę na kółka: ośki siedzą głęboko w gniazdach. Łożyska są nowe, więc co tam się odzywa? A stukało tak, że nie dało się odłożyć rolki BEZ wydania dźwięku. Żadną metodą. Dojechałem te parę kilometrów, gdzie ekipa stanęła przy znaku oznajmiającym zamkniecie trasy w dzień wyścigu, strzeliłem z nimi focię i dopiero wracałem. Trochę był stres bujnąć się z górki, gdy nie wiedziałem co się dzieje z rolkami, ale nie widziałem za bardzo alternatywy. Schodzić w skarpetkach jakoś głupio. I wstyd. Udało się jednak zjechać spokojnie, choć strava pokazała ponad pięćdziesiąt kilometrów na godzinę na tym zjeździe, co pokazuje, że górka zacna, a ja miałem czego się obawiać przy ewentualnej wywrotce. Albowiem w samochodzie okazało się, że odkręciła się o pół obrotu śruba pod piętą. Tylko mocnemu trzymaniu śruby pod palcami zawdzięczałem to, że szyna nie latała od prawej do lewej.

Fart jak nic. Jednak nie liczyłem na dalszy łut szczęścia i już w pokoju dokręciłem śruby napinając biceps dość konkretnie. Miały zatem się już nie móc ruszyć. Szkoda, że nie miałem ze sobą kleju do gwintów, bo jednak na wibracjach to różnie może być. Ale o tym później.

Noc jak zwykle słabo przespana. W tych miesiącach ptaki zaczynają drzeć ryja już od czwartej i najwyraźniej odbieram to jako sygnał pobudki. Poprzewracałem się w łóżku jeszcze ze trzy godziny zastanawiając się jak mięśnie zareagują na duży wysiłek, po spędzeniu około dwudziestu godzin w samochodzie w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Mimo rozciągania czułem się pospinany.

Wreszcie wstajemy i szykujemy się. Pakowanko przed śniadankiem. Śniadanko dobre i wręcz nie do przejedzenia, a wszystko w cenie małej kawy „na mieście”. Zresztą kawa też była. I jajeczniczka, twarożek, świeże bułeczki i miodzik. Także szyneczka, kiełbaska i serek żółty.

Zgodnie z protokołem zaleconym przez moją Panią Dietetyk przez pięć dni przed zawodami jedzone wszystko wysokowęglodanowo i niskoresztkowo. Mało tłuszczu, dużo cukru. Może i nasze maratony nie wymagają takiego odżywienia idealnie w punkt jak biegowe, ale zawsze lepiej być dobrze przygotowanym. O nawodnieniu też wszyscy pamiętali i zatrzymywaliśmy się w drodze tam co najmniej trzy jak nie cztery razy na stacjach i wszyscy myk! do toalet… Efekt rynny: wlewasz butelkę, wychodzi półtorej… I to nie wystarczy tak dzień przed.

Przed startem

Przybyliśmy półtorej godziny przed wyznaczoną godziną. Okolica Leśnej Krówki zupełnie nie przypominała samej siebie samej z poprzedniego wieczora: tłumy ludzi i tabuny samochodów na poboczach. Dalsi i bliżsi znajomi z prawej i lewej. Aż nie wiadomo do kogo najpierw machać. Miło zobaczyć te twarze po miesiącach przerwy.  

W pakietach woda i izotonik, co należy rozumieć jako bezsłowny komunikat organizatorów, że na trasie nie ma krzty wody. Prawda. Nie było, a życie pokazało jak bardzo zły pomysł to był.

Mimo panującej ogólnie ciepłej, ponad trzydziestodwustopniowej temperatury jednak postanowiliśmy się krótko dogrzać. Zaraz po starcie będzie długie drapanie pod górę w nerwowym tempie startu, co wymaga ogromnej mobilizacji. Bez rozgrzewki można od razu odpaść.

A propos odpadania. Wczorajsza wpadka z odkręconą szyną strasznie zważyła mi humor. Takie rzeczy nie mają prawa się zdarzać. Nie mnie! Ja zawsze mam wszystko wycyzelowane i przygotowane. To znaczy: miałem. Nie wykazałem się odpowiednią czujnością i mogło być potężne bęc i szuurrrrr… Jednak nie zdecydowałem się założyć ochraniaczy na kolana. Niby bezpieczniej, ale jednak fajnie jak kolana mogą się chłodzić wiatrem. A czego jak czego, ale chłodzenia w taki dzień nigdy za dużo!

Mechanicznie się przygotowuję, ale nastrój spada z każdą chwilą. Nie mogę przestać myśleć o tym, że zjeżdżam z górki startowej, szyna mi się odczepia i zaliczam potężnego szlifa, a potem ktoś na mnie się wywraca. Natręctwo myśli. Niepokój. Do tego wszystkiego zmęczenie intensywnym tygodniem w pracy i długotrwałymi podróżami. Ogólnie złe samopoczucie. Aż Paweł zauważył i starał się mnie podnieść na duchu mówiąc, że podnosimy takie karty jak dostajemy i tymi kartami gramy. Wdzięczny mu jestem za te parę słów, bo jednak trochę mnie ustabilizowały.

No i ruszyli!

Agresja zero. Przez ten stres startowy musiało mnie też totalnie zaćmić. Albo spłynęła na mnie mgła covidowa po szczepieniu. Uznałem, że muszę przejechać przez dwa korytka pod którymi jest kabel wyczuwający czipy, które mieliśmy na nogach. To oczywiście nie jest prawda. Dodatkowo zupełnie czym innym jest przez takie korytka przelecieć na prędkości, a co innego przeturlać się ruszając. W efekcie straciłem ze dwie, może trzy krytyczne sekundy i zanim się z tych korytek wyplątałem wszyscy już zdążyli ruszyć i byli mocno rozpędzeni w dole zjazdu. Co miałem robić… Pojechałem i ja.

Krótkie w odczuciu rozpędzanie z górki, a potem wspinaczka. Na razie zero zmęczenia, bo skąd, ale nie szaleję, jadę równo. Możliwe, że będę musiał przejechać cały dystans sam, a wtedy, no – wiadomo. Przed końcem wzniesienia dojeżdżam do małego pociągu. Wygląda jakby starsza zawodniczka prowadziła debiutującą na maratonie młodszą koleżankę. Cały czas ją strofuje, żeby nie szalała, że maraton się dopiero zaczął, że jeszcze nic nie przejechała. Spokojnie, równo. Dojeżdżam do nich, rozglądam się. Pusto. Jadę chwilę, zbieram myśli. No nic to, mogę przejechać dystans z dziewczynami. Grunt, że nie sam. Chwilę się pociągnąłem na ich plecach, uspokoiłem oddech i wyskoczyłem na prowadzenie. Troszkę przyspieszyłem i ta starsza od razu mnie zaczęła opieprzać. To zwolniłem. I tak sobie jechaliśmy robiąc zmiany. Potem zaczęliśmy zbierać jadących solo i nie wiedzieć kiedy pociąg urósł do pięciu, a w szczycie chyba nawet do dziesięciu osób.

Prędkość zestawu trakcyjnego w tym momencie wyścigu była całkiem ok bo dochodziła do 32 – 33 kilometrów na godzinę. Jednocześnie na trzecim, czwartym miejscu w pociągu jechało się bardzo fajnie i luźno. Prawdę mówiąc gdy nie prowadziłem, to czułem, że się opierniczam. Mogłem się turlać z rękami na kolanach. Mogłem bez problemu się prostować, wyciągać butelkę i pić. Z czego skrzętnie korzystałem. Na plecy wziąłem bidon 750ml ze sprawdzoną przedtreningówką. Tauryny, kofeiny i inne beta-alaniny zawsze dają mi kilkuminutowego kopa, gdy tego potrzebuję. Oprócz tego miałem też 0,7l wody. I trzy żele. Bo czwarty mi się zgubił. Dietetyczka zaleciła wciągać w trakcie żele co 20 minut, żeby zachować podaż energii. Zazwyczaj prowadzi biegających maratończyków, którzy mają zupełnie inne dysponowanie zasobami energetycznymi, ale nie sposób zaprzeczyć, że powtarzające się na wyścigach rolkowych przyspieszenia wymagają jazdy na węglach. No to posłuchajmy grzecznie i sprawdźmy, czy to dobrze zrobi. Uprzedzając wydarzenia: energii mi wystarczyło do końca.

A niech Cię tarka w stopy pokąsa!

Podczas kontroli trasy dojechaliśmy tylko do jakiegoś trzeciego, może czwartego kilometra i dlatego nieprzyjemną niespodzianką był wjazd na bardzo nieprzyjemną trzęsionkę aka tarkę na mniej więcej siódmym kilometrze. I trzeba było przejechać po niej za każdym nawrotem dwa kilometry. Ponieważ jechaliśmy ten odcinek cztery razy, to nazbierało się osiem kilometrów po tym nieszczęściu. O, pożałowałem jazdy na kołach 125 bo mam je tylko w najwyższej twardości, a koła 110 mógłbym założyć bardziej miękkie. Dodatkowo takie przyjemności lepiej jak się rozkładają na większą ilość punktów podparcia. Chociaż i tak nigdy to nie będzie przyjemne.

Najgorszy był moment zjazdu z górki po tej tarce w kierunku do mety – przy prędkości powyżej 30 kilometrów na godzinę wibracje były tak silne, że odcinały zupełnie czucie w stopach. Nie wiedziałem w jakiej są pozycji. Mogłem tylko trzymać kostki cały czas tak samo i liczyć, że gdzieś tam w dole, jednak, wbrew odczuciu, ciągle są stopy i koła. Jedno co działało to przechodzenie z nogi na nogę, bo wtedy podniesiona stopa przez chwilę miała się lepiej. Z tego wszystkiego wrócił mi niepokój o odkręcającą się szynę i zacząłem się wsłuchiwać, czy aby nie zaczyna znowu stukać. A jeszcze tarka miała być dwa razy…

Musiałem mocno odczuć tę trzęsionkę, bo czołówka pociągu uciekła jakieś dwieście metrów. Zmierzyłem dystans krytycznym okiem, dałem tyłek niżej i zacząłem cisnąć. Kilka minut później dogoniłem ich i ku swojemu zadowoleniu nawet nie poczułem się zmęczony. Większość jadących za mną niestety nie dała rady nadążyć. „- Jest ok!” – pomyślałem – „- Nie ma opcji, żeby mi odjechali, zawsze dogonię”. Bardzo mnie to podbudowało. Tak bardzo, że na około dwa kilometry do nawrotki połowy dystansu wyskoczyłem na prowadzenie i pociągnąłem – wg mnie zupełnie normalnie, tak jak jeździmy z chłopakami z Kraka po wałach. Efekt był taki, że jak popatrzyłem do tyłu pół minuty później (albo i minutę, nie wiem – przyp. aut.), to pociąg był chyba z trzysta metrów z tyłu.

Myślę, że to pilnująca dyscypliny starsza koleżanka nakrzyczała na chłopaków, żeby nie przyspieszali jak ten głupi odjeżdża. Nikt wtedy jeszcze nie skumał, że ona układa to wszystko pod siebie. Stara się zatrzymać przy sobie partnerów do jazdy, wiedząc, że to jest najlepsza metoda na dobry wynik. Kto powiedział, że podczas wyścigu nie można mówić? Że nie można stosować forteli na miarę Zagłoby? Bardzo pouczająca i ciekawa lekcja z tego płynie. Do zapamiętania na całe życie. Ta taktyka dała jej miejsce na podium kobiet w kategorii open.

O solo mio

Skoro już byłem tyle z przodu, to nie będę się wygłupiał, tylko pojadę dalej swoim spokojnym tempem, tak? No to siup. Nawrotkę za metą zrobiłem komfortowo sam i wio z powrotem w dół. A potem w górę. I ta góra… Ta góra zweryfikowała moje złudzenia co do samotnej jazdy przez resztę dystansu. Bo jeszcze przed wspięciem się na szczyt zacząłem odczuwać upał i zmęczenie. Bo pod górę. Pod gorący wiatr. Pod słońce. Słowo daje czułem napór fotonów! Czułem jak uderzają we mnie starając się wstrzymać mój pęd. Przemyślałem temat i postanowiłem podwinąć ogon pod siebie. Poczekałem na pociąg.

Uznałem, że jest ryzyko wyjechania się do zera na pozostałych dwudziestu kilometrach, a wtedy grupa i tak mnie dogoni, a ja będę już za słaby, aby za nimi nadążyć. Oczywiście pilnująca porządku koleżanka pierwsze co opieprzyła mnie za durne wyrwanie do przodu nie wiadomo po co. Akurat tym razem musiałem się z nią zgodzić. Wychodząc na prowadzenie trzeba sprawdzać na bieżąco, czy tempo nie jest za szybkie dla pociągu. Chyba, że Ci nie zależy na jeździe w grupie. A mnie zależało. Poniosło mnie. To nie był dobry dzień na rumakowanie i „samotny biały żagiel” na trasie. Ciut za ciepło.

Ten incydent spowodował, że straciłem motywację do prowadzenia pociągu. Po co się wyrywać, skoro wszystkie wysiłki są torpedowane. Dziewczyna chce dojechać swoim tempem i wie jak wpłynąć na innych, żeby robili to co chce. Jeszcze spróbowałem raz czy dwa, ale nikt nie wyskoczył za mną. Bożena wprowadziła totalny zamordyzm i rządy żelaznej ręki. Naprawdę zadziwiające.

Oprócz wspomnianej Bożeny, której wcześniej nie znałem, w grupie jechałem razem z Piotrem i Robertem znanym z forum narolkach.pl oraz z Jurkiem M., z którym czasami spotykałem się na maratonach, a ta młoda zawodniczka to Dominika znana jak rolkarski fejsbuk długi i szeroki z naprawdę długich jazd. Po Piotrze i Robercie widać było ekscytację maratonem. Możliwe, że akurat im posłużył dryl narzucony przez doświadczoną koleżankę. Gdyby nie, to mogli faktycznie szaleć i wyjechać się do zera przed końcem dystansu. Dominika w końcu odpadła, chociaż starałem się przez chwilę ją delikatnie popychać licząc, że jednak się pozbiera i dojdzie do reszty pociągu. A i Piotr zeznał, że mu zabrakło pary i strasznie zmęczony dojechał kilka minut po naszej grupie. W tym przypadku zgodzę się ze stwierdzeniem, że pociągając za sobą zrobiłbym mu niedźwiedzią przysługę.

Wniosek z tego taki, że jak chce się zrobić ucieczkę, to trzeba umieć porwać za sobą. Zorganizować się. Prawdopodobnie powinienem był zamienić parę słów i wyczaić czy ktoś jest chętny, umówić się na sygnał i wtedy dopiero. A nie tak z głupia frant odpalić przyspieszenie, odjechać w parę chwil i dziwić się, że nikt nie wykazał się refleksem i nie poleciał za mną jak drugi głupi. To nie czołówka wyścigu, gdzie każdy się liczy, że jeśli którykolwiek przeciwnik ucieknie, to będzie w stanie sam dojechać do mety. Kolejna rzecz do zapamiętania.

Człowiek nie wielbłąd, na zapas nie wypije

Najważniejszą lekcją jest, że trzeba koniecznie pić więcej niż się wydaje potrzebne. Piłem wydawało mi się dobrze, ale jednak po ostatniej nawrotce, na ostatnich dziesięciu kilometrach upał zaczął doskwierać. Jednocześnie rozpoczęło się pieczenie w udach i lekka zadyszka. Poprzednio wielokrotnie schodziłem niżej i wydłużałem odepchnięcia przyspieszając w miarę potrzeby i nie czułem żadnych z tego wynikających konsekwencji. Ale póty bidon wodę nosi dopóki z kieszeni na plecach nie wyleci. Mój nie wyleciał, ale jedynie dlatego, że w ostatniej chwili krzyknęli mi żebym go sobie poprawił.

Już po dojechaniu usłyszałem opowieść o uczestniku półmaratonu, któremu właśnie wypadła butelka z wodą i pojechał na dystans zupełnie bez. A organizator na trasie nic nie udostępniał! W efekcie biedak przejechał w niezłym tempie całe dwadzieścia jeden kilometrów i upadł marne dwieście metrów przed metą. Akurat na największym zjeździe. Upadł i szlifował asfalt do zatrzymania. Potem zaczął się zbierać, stanął i znowu upadł. I wstał. Upadł. I jeszcze raz… Wtedy wreszcie patrzący na to organizatorzy skumali, że coś jest bardzo nie w porządku i szybciutko podjechali do niego. Okazało się, że ma udar cieplny i musieli go bardzo szybko przetransportować do szpitala. Oby wszystko z nim było w porządku, ale równie dobrze mógł przy okazji sobie też coś połamać. (EDIT: tak, wszystko z nim w porządku)

Około pięciu kilometrów przed metą skończyli się chętni do ciągnięcia pociągu i tempo drastycznie spadło. Wyszedłem więc na prowadzenie i pociągnąłem. Po jakimś kilometrze stwierdziłem, że wystarczy i spróbowałem zjechać na bok, żeby poprowadził teraz ktoś, kto właśnie odpoczął. Niestety pociąg miał inne plany. Magicznym sposobem, po chwili znalazł się znowu za moimi plecami. Przeszła mi przez myśl sytuacja ze Skawiny z 2017 roku. Identycznie i też niewiele przed metą. Popatrzyłem na nich spod oka i (w myślach) machnąłem ręką. A już miejcie sobie tę lokomotywę. Sprawdziłem już czas na zegarku – życiówki tym razem nie będzie, mogę sobie odpuścić mocny finisz.

No i pociągnąłem. Tym razem wrażenia na każdym kolejnym kilometrze były diametralnie inne niż w tym samym miejscu, ale półmaraton temu. Powietrze wydawało się gęstnieć i ciągnąć jak żelki zapomniane na siedzeniu samochodu w upalny dzień. Skwar atakował z każdej strony i nie sposób już było udawać, że mnie to nie dotyczy. Możliwe, że słońce się przesunęło i drzewa przestały ocieniać drogę, która osiągnęła temperaturę krytyczną udostępniając unikalne wrażenie sunięcia przez wnętrze piekarnika. Wypatrywałem kolejnych punktów charakterystycznych przypominając sobie: o teraz będzie leciutko w dół, to będzie lżej. Albo: a teraz drzewa powinny rosnąć bliżej krawędzi drogi, to asfalt może nie będzie taki rozgrzany. Jechałem od zakrętu do zakrętu. Trudno powiedzieć, że pilnowałem wtedy jakoś bardzo techniki. Starałem się jedynie zachować rytm i za każdym razem choć odrobinę pojechać na zewnętrznej krawędzi. Nie wyprzedzali mnie, więc nie było tragicznie wolno.

W końcu doczekałem się zapamiętanego znaku ograniczenia prędkości i finałowego zjazdu z górki. Oczywiście, jak to było do przewidzenia, w tym momencie pociąg mnie klasycznie wyprzedził i pomknął przyspieszając w dół. Dla mnie to jednak był już wyścig o pietruszkę. Życiówka odjechała w siną dal. Pa, pa! Do następnego maratonu! Nogi sztywne i zmęczone ciągnięciem wagoników przez ostatnie kilometry nie zachęcały do szaleństw. Dojechałem swoim tempem do podnóża górki rozpędzając się ledwie do czterdziestu kilometrów na godzinę, potem tylko troszkę pod górkę i meta! Jeszcze tylko hyc! hyc! przeskoczyć nad rynienkami kryjącymi czytniki czipów i już można odebrać medal. I do samochodu – zdjąć rolki.

Podsumowania

Koledzy i koleżanki półmaratończycy gratulują ukończenia pełnego maratonu. Sami mocno odczuli połowę dystansu, więc wiedzą czym to się jadło. A z każdą chwilą robiło się cieplej. Jednak przez to, że jechałem prawie cały dystans w grupie i to zdecydowanie zbyt wolnej jak na moje gusta, czuję się stosunkowo nie zmęczony. Dużo bardziej się zmordowałem jadąc dwa tygodnie wcześniej maraton na Błoniach w parze z Sebastianem w godzinę czterdzieści pięć, gdzie zmienialiśmy się na prowadzeniu co kółko. Tym razem obyło się bez problemów, gdzie problemy oznaczają ostry, prawie uniemożliwiający jazdę ból pleców.

Bardzo możliwe, że to przez to, że mogłem się często prostować, a w pochyleniu pamiętałem o trzymaniu barków stabilnie i przenoszeniu ich w bok tylko razem z biodrami (ten słynny domek na barkach z opowiadań Pawła). Dzięki temu plecy przetrwały próbę w zaskakująco dobrym stanie. Zmęczone, ale nic się nie pali, nic nie jest przeciążone. Taki właśnie cel sobie wyznaczyłem przed startem i zaskakująco udało się go zrealizować. Oraz to, żeby dojechać w grupie i nie przechodzić takiej męczarni jak na mazurskim, który ukończyłem tylko dlatego, że tuż przed rzuceniem rolek do rowu w końcu dałem się dogonić zaprzyjaźnionemu pociągowi. I on mnie dociągnął ostatnie piętnaście kilometrów. Tak, to też udało się osiągnąć. Gdybym lepiej ogarnął start i zahaczył się w lepszej grupie to ten wyścig potoczyłby się zupełnie inaczej. Ale było jak było, zagrałem takimi kartami jakie sobie rozdałem i z wyniku jestem zadowolony.

Zdjęcie Renata Olszowska

Myślę, że potrzebny mi był maraton przejechany tak zupełnie na pewniaka, abym mógł zacząć bardziej agresywnie startować na kolejnych. Zacząć używać wypracowanych umiejętności i coś wreszcie ugrać.

Hits: 0

Reader Comments

  1. Tym razem lepiej się sprawdziłeś w relacji niż w zawodach :). Przyznam, że nie miałem okazji startować maratonie rolkowym podczas upału. Jednak podobnych przeżyć doświadczyłem na Road Maratonie w Istebnej. Podziwiam i gratuluje zarówno hartu ducha jak i tekstu, który świetnie charakteryzuje taktykę zawodników…

  2. Super relacja. Zupełnie jak bym tam był i jechał z tobą pod dyrekcją zaborczej Bożeny 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.