"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Pn 5 kwi 21 – Sezon jazdy na zewnątrz rozpoczęty!

Pn 5 kwi 21 – Sezon jazdy na zewnątrz rozpoczęty!

I to na dobre!

Miłe złego początki

Wystartowaliśmy w ostatnią środę jazdą po wiślanych wałach od Kolnej do Salwatora. Niestety dla nas pogoda była zbyt ładna i było bardzo, bardzo dużo współużytkowników wąskiej w sumie ścieżki. Ileż ona ma szerokości? Może ze dwa metry jak chwasty się nie wcinają. A chyba z dziesięć procent populacji Krakowa i okolic miało ten sam pomysł co my. W większości jednak rowerzyści, trochę spacerowiczów, rolkarzy i biegaczy. I w sam środek wjeżdżamy my, cali na biało!…

Piasek ciągle obecny na ścieżkach w ilościach jeszcze sporych, a do tego kamyczki. Nikt tego nie pozamiata. Musi wiatr przewiać, a deszcz zmyć. Do tego czasu uszy nasze razić będzie ostry chrzęst zamiast samego wycia rozpędzonych kółek. Nie wiem jak chłopaki sobie z tym mentalnie dają radę, ale mnie tak niepewne podłoże trochę onieśmiela. Rezultatem tego w obydwie strony mi odjechali w pewnym momencie. Mają wariaty psychikę twardą jak Psikuta bez s. Bez żartów! Jedziesz sobie 36 km/h, myślisz, że szybko, a oni w tym momencie z lewej: myk, myk, myk! I uciekli…

Ale jednak co krajobrazy to krajobrazy. Nie ma to jak zachody słońca. I nie trzeba wcale przesuwać krzesełka, gdy cały czas jedziemy na kołach…

Witek wyrósł nam na czołowego zap*dalacza grupy mastersów. Młodzież tak szaleje, że nie ma co się porównywać. I rzeczony wskoczył na 3×125 pokazując nam na wałach plecy i niewiele więcej. Z racji chęci dogonienia i zasadniczo dobrze przepracowanej zimy wskoczyłem i ja w piątkowe wczesne popołudnie na Błonia oraz na moje trzyletnie już w tym momencie TripleX’y i ciężkie jak nieszczęście Infinity Plus 88A. Oczywiście 3×125. No i cóż, półmaraton przejechany i wniosek jeden: ciągle strasznie mulą. Kiedy będzie sens na nie wrócić na dłużej? Albo siła, albo technika musi pójść jeszcze bardziej do przodu. Ale raczej technika, choć po Witku patrząc jest taka siła, która techniki się nie boi. Facet jest niebywale mocny zapierniczając na tych ogromnych kołach pod 40 km/h praktycznie bez wychodzenia na zewnętrzną krawędź, czyli wszystko z własnego odepchnięcia. Umarłbym po dwóch kilometrach, a on tak może przejechać i dychę i półmaraton i maraton. Szacun.

Co ciekawe – uczucie ciężkości nie ma najmniejszego związku z faktyczną masą. Ta jest identycznie idealnie ta sama, co przy moim zestawie 4×110 zmontowanej na podróbie TripleX 4×110 oraz mieszance Boom’ów i AmWingów. Ciężkość to zwiększona dźwignia i zwiększona bezwładność kół.

Śmigus – Dyngus z klubem

A w Lany Poniedziałek dla odmiany umówiliśmy się na trening na trasie Fochatlonu, czyli Skawina, strefo przemysłowa – witaj! Dzień wolny, zakłady pozamykane, ruchu brak, można jeździć po ulicach. Wszystko bardzo fajnie, ale wiatr dawał popalić. Było nas jednak na tyle dużo, że dało się zmontować dwie grupy: szybszą do 40 km/h i wolniejszą do 33 km/h. I był jeszcze młody Wojtek, który nie miał pary, nudziło mu się i latał tak pomiędzy nami jak wolny elektron.

Trening znakomity. Dzięki jeździe w różnych kierunkach zamiast się zarżnąć pod wiatr jak na wałach można było z każdym skrętem zmieniać kierunek i cieszyć się też jazdą w pełnym wietrze w plecy. Oczywiście, że asfalt przemysłowy, to nie jest masełko, ale nie ma co narzekać, przynajmniej nie jest popękany. Ja po przejściu z powrotem na 110 szyny miałem założone tak trochę na pałę i niestety bardzo czułem gięcie się kostek do środka. Na pięcie wkręciłem je do niewłaściwej dziury. Każdy milimetr przesunięcia w takim bucie robi różnicę. Niewątpliwą. Co rozwiązuje również kwestie ewentualnego wyjęcia klinów. Otóż: raczej nie. Przynajmniej na razie. A może i w ogóle.

Silny wiatr i tak praktycznie eliminuje możliwość cyzelowania ruchów. To co się liczy to siła. Jeśli się uda zejść niżej to tylko plus. No i zasłonięcie od wiatru bardzo pomaga, ale nie ma co liczyć, że zwalnia to od utrzymywania niskiej pozycji. Trzeba małym być.

Podczas jazdy wyjaśniła się bieżąca klasyfikacja zawodników w klubie. Dość powiedzieć, że już nie jestem najwolniejszy. Rzecz w tym, że wszyscy poszli do przodu i chociaż progres obiektywnie jest wyraźny, to na tle całości wygląda niepozornie. Ale przynajmniej wygląda, widać go.

Najlepiej mi się jechało utrzymując kompresję kółek a’la Joey Mantia: wkładasz kółka na zewnętrzną, dociskasz i utrzymujesz to dociśniecie do końca odepchnięcia. A nie: kick na zewnętrznej, luźno, luźno i kick na wewnętrznej. Dzięki temu jednolitemu ruchowi możliwe jest utrzymanie odepchnięcia równoległego, albo po prostu bardziej równoległego. Bo obniża kadencję i jest czas na precyzyjniejsze niż normalnie poprowadzenie stopy w odepchnięciu. A siła jest transmitowana cały czas. Działa jak magia. Nie jadę niżej, nie odpycham się dalej, nie świruję z double pushami, a jest szybciej. Oczywiście trzeba cały czas utrzymywać napięcie core’a. To jest ten haczyk.

Udało się nakręcić film z treningu. Prowadzenie kamery dalekie od idealnego, ale nastrój chwili udało się uchwycić.

Teraz pora naprawdę zejść niżej. Zdjęcia pokazują, że uda nabrały masy. Powinno dać się zejść jeśli nie całkiem nisko, to istotnie niżej niż do tej pory. Ciągle z zasady powtarzam wzorce, które wryłem wieloletnim turlaniem się bez nadzoru coacha. Są niebywale ciężkie do złamania. Wymagane głębokie rycie beretu…

Prace w toku.

Hits: 16


Dodaj komentarz