"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Nd 14 lut 21 – Überfajność

Nd 14 lut 21 – Überfajność

Przeglądnąłem zapiski z ostatnich tygodni i ciągle przewija się przymiotnik: fajny. Fajny trening. Fajnie było. Jakbym nie potrafił tego inaczej opisać.

Ale te treningi są właśnie fajne. Owszem, można określić je jako satysfakcjonujące. Dające poczucie spełnienia. Pozwalające na oderwanie się od przyziemności dnia każdego. I posiadające wartości rozrywkowe. Jednocześnie jednak to słowo „fajne” jest jakby ucieleśnieniem wszystkich tych elementów po trochu. Oddaje ogólne nastawienie podmiotu lirycznego do opisywanej aktywności. Więc w sumie…

Wczoraj był kolejny fajny trening.

Miałem trochę obaw, czy nie do końca wypoczęte nogi nie będą przeszkodą, ale nie, jednak nie. Owszem, po odpowiednio długiej jeździe w niskiej pozycji nogi bolą i będą bolały chyba zawsze. Paweł mówi, że jego też palą – słysząc nasze narzekania. Różnica jest zapewne w intensywności odczuwania tego uczucia. Jest taka granica poza którą nie jesteś w stanie kontrolować nóg. Cała sztuka to dojść do takiej formy i umiejętności, aby odpowiednio cisnąć – wydajnie, ale jednocześnie nie zabijająco.

Tak się zastanawiam… Rozgrzewkę kończymy serią sprintów, po której oddech wraca kilka minut. Można zaryzykować, że czuję się po czymś takim dogrzany. Mimo wszystko jednak to trochę zbyt ryzykowne by było zapuszczać taki element do rozgrzewki przed zawodami. Z drugiej strony zawsze, ale to zawsze orientuję się po wystartowaniu, że jestem niewystarczająco rozgrzany. Do przemyślenia.

Jeżdżąc wczoraj ćwiczenia w niskiej pozycji nagle zauważyłem, że my w sumie jeździmy dosyć szybko. Nie uderzyło mnie to wcześniej, bo koncentrowałem się na wykonywaniu konkretnych ćwiczeń pilnując zgrania wszystkich elementów – a jest co zgrywać! Tempo nadaje pierwszy w kolejce, zwyczajowo Paweł i po prostu trzeba za nim nadążyć. Jednocześnie wykonując trudne ćwiczenia w wymagającej niskiej pozycji. Pilnując rąk, nóg, barków, bioder, kostek, kolan, luźnych nadgarstków, prostych łokci i wzajemnej koordynacji całej tej bandy. Robiąc lekkie wyskoki z niskiej pozycji jednonożnej zdałem sobie sprawę, że owszem prędkość w tej ewolucji pomaga, ale kiedyś bym się nie ośmielił tak rozpędzić, bo ło matko, a co by to było jakby jo się przewrócił! Jednak jakoś się nie przewracam.

Na łukach kontynuacja wcześniejszego trendu: niżej, ostrzej, bardziej technicznie, szybciej. Bez większego problemu utrzymuję się w pociągu podczas normalnej jazdy. Jeśli ktoś z czołówki zaczyna cisnąć po kolei wszyscy słabsi odpadają, nie jestem, oczywiście, wyjątkiem. Limitującym czynnikiem jest ślizganie się po podłożu. Ach ten grip! Ciekawe, czy gdybyśmy jeździli po przyczepnym, na przykład, betonie, czy byłoby łatwiej przekonać się do większego pochylenia w łuku? Bardziej zaufać kołom, że się nie poślizgną? Czy przeważałby lęk przed poharataniem się?

Po czwartkowym treningu na słupkach zastanowiło mnie uczucie totalnego braku możliwości obciążenia lewej stopy na ostrych nawrotkach w lewo, gdy jednocześnie z obciążaniem stopy prawej na ostrych nawrotkach w prawo nie było problemu. Jeśli to naprawdę ma być ostro, to stopa wewnętrzna przenosi sporą siłę mocno pochylając koła do zakrętu. I czemu prawa daje radę, a lewa nie? Po zastanowieniu przesunąłem szynę na pięcie lewej stopy o milimetr bardziej do środka buta, czyli dałem ją ciut mniej do wewnątrz niż była. Po sprawdzeniu: to jest to! Aktualnie jeżdżę na szynach, które nie tylko są bardzo mocno przesunięte do wewnętrznej strony, to jeszcze na klinach. Bo tak mi się dobrze jeździło na prostych. Lepiej „double push” wychodził. Okazuje się, że coś co daje dobre wrażenie na prostych może być jednocześnie błędem przy przenoszeniu dużych sił. Prawdopodobnie te szyny są zbyt mocno przesunięte do środka i będę teraz je korygował w kierunku centrum buta.

Jeżdżąc na łukach staram się za każdym razem pamiętać o „dociąganiu do kreski” jednej i drugiej stopy. Zaczyna się od lewej: trzeba wydłużać fazę jazdy na lewej stopie w lewym łuku i dopychać ją do równoległości z kierunkiem jazdy w momencie lub tuż przed momentem odłożenia prawej stopy, która w kolei powinna być „pociągnięta” piętą do tyłu. Rzecz w tym, aby stopy były możliwie w jednej linii: jedna dopchnięta do przodu, druga dopchnięta do tyłu. Owszem może być uczucie zaplątania w skrzyżowane nogi, ale wtedy nie ma tego efektu konika na biegunach, gdy masa przenosi się przód-tył-przód-tył zmniejszając stabilność, możliwość utrzymania przyczepności i ostatecznie prędkość w łuku. To już chyba miesiąc odkąd jeździmy dwa razy w tygodniu i za każdym razem staram się pilnować poprawności tego ruchu i wczoraj Heniu pierwszy raz zwrócił uwagę, że jadę łuki dużo poprawniej, że widać faktycznie polepszenie ruchu w przekładance. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że odczuwam większą płynność oraz buty nie gryzą po piętach, bo nie odpycham się w przekładance z palców, co wywiera dźwignię na piętę właśnie.

Po południu skorzystałem z pandemicznie “odmrożonych” lodowisk. Naostrzyłem łyżwy sobie i młodszej i wykorzystałem wolne 20 minut na to, aby sobie przypomnieć o co to chodzi z tymi łyżwami. Na początku świeżo naostrzone trochę szarpały, ale szybko się to wyrównało i można były cieszyć się płynnością jazdy. Tutaj też poćwiczyłem dopychanie stóp do kreski w przekładance. W prawo jest duuuużo trudniej, ale postępy są gołym okiem widoczne. Zaczynam po prostu jeździć przekładanką w prawo.

W tym roku nie da się pogodzić treningów rolkowych z treningami narciarskimi. Szkolenia odbywają się o dwie godziny jazdy od Krakowa i nawet zrywając się zaraz po zakończeniu treningu na Kolnej byłbym tam w zasadzie na dwie ostatnie godziny. Bez sensu. Najwyżej spróbuję sam coś pojeździć. Na Chełmie w Myślenicach? Najbliżej, a górka sensowna.

Hits: 3


Dodaj komentarz