"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Nd 28 mar 21 – Koniec sezonu halowego

Nd 28 mar 21 – Koniec sezonu halowego

Tak coś mi się wydaje, że sobotnim treningiem zakończyliśmy sezon halowy. Może jestem w błędzie, ale podobne wrażenie podzielają i inni, więc pewnie tak jest. Warto zatem się zastanowić co udało się osiągnąć w ciągu tej jesieni i zimy. A może raz zamiast rozwlekle pisać wrzuciłbym tak ze dwa zdjęcia? Wart obraz tysiąca słów?

Kąty się zgadzają. Wysokość pozycji się zgadza. Prędkość się – mniej więcej – zgadza. Jak nie ma wielkiego ścigania się to utrzymuję swoje miejsce w szyku. Jak Paweł, Henio czy ktoś inny z czołówki pociśnie, to jeszcze brakuje przyczepności. Jednak to co jest w porównaniu z tym co było to niebo a ziemia. Kluczem okazało się opanowanie prowadzenia w łuku wewnętrznej stopy. Liczę, że w kolejnym sezonie zacznę z tego miejsca w którym się zatrzymałem teraz i dalej będę doskonalił umiejętności, bo wiem co robić żeby było lepiej. Teraz tylko to ćwiczyć i powtarzać i nie poddawać się, gdy nie będzie wychodziło tak całkiem od razu.

Równie cieszy wytrzymywanie bez wielkiego problemu półgodzinnych serii ćwiczeń w niskiej pozycji i to jeżdżonych w całkiem sensownym tempie. Czy nogi bolą? No bolą, ale można dalej jeździć. Czy po takiej męczarni można wejść na łuki i na prędkość? Można, czemu by nie?

Jest super!

A w niedzielę umiarkowane ciepło, bezdeszczowo, momentami słonecznie. Szkoda, że nie bezwietrznie, ale nie było porównania do tego co jeździliśmy w ostatni dzień lutego. Wtedy urywało głowę. Wtedy ptaki tyłem latały. Teraz po prostu wiało. Ok, momentami mocno.

Bardzo ciekawy byłem, czy poprawa opanowania łuków ujawni się także podczas jazdy po prostej…

Wystartowaliśmy z lekkim wiatrem w plecy. Od razu wrażenie, że ucichł. Drugie wrażenie, że czegoś mi chyba brakuje?! Czegoś zapomniałem? Kask! Musiałem wrócić do samochodu. Podczas takiej jazdy prędkości są osiągane zacne i nie ma co robić sobie żartów z podstawowych zabezpieczeń.

Jak już wróciłem na wały to pociągnąłem Pawła pierwsze trzy kilometry. Jechało się znakomicie. Jeszcze jesienią był kłopot z odpowiednim timingiem kopnięcia i odłożenia. Kluczem zaawansowanej techniki długodystansowej jest wykonanie odłożenia na zewnętrzną krawędź zanim jeszcze wykończy się bieżące kopnięcie. W ten sposób można natychmiast po podniesieniu kopiącej nogi uzyskać napęd z dociśnięcia nogi jadącej na zewnętrznej krawędzi. W wersji zaawansowanej można docisnąć bardziej, na przykład prostując kolano i wtedy już będzie się to nazywało double-push. Ale nawet samo przeniesienie ciężaru daje znakomite rezultaty i odczuwalny napęd oraz brak przerw w dostarczaniu tegoż.

Wszystko szło miękko i w punkt. Lekko eksperymentowałem z powiększaniem kąta wejścia na zewnętrzną poprzez „popuszczanie” kostki, ale to jest zaawansowany niuans, którego dopracowanie jeszcze jest przede mną. Podczas jednej z tych prób coś się nie udało i musiałem ratować sytuację przed kontuzją 2D: dumy i no, wiadomo. Ale szło miodzio. Zegarek pokazywał 30-31 km/h bez wyczuwalnego wysiłku. Oby tak dalej!

Powrót pod wiatr oczywiście dał w tyłek ogromnie. Co by nie zrobić wszystko się opiera na wygenerowaniu dużej siły, a wtedy plecy momentalnie zaczynają boleć w sposób uniemożliwiający jazdę. Naprawdę miałem nadzieję, ze sobie z tym już poradziłem, bo pod koniec zeszłego sezonu problemu już nie było, ale cóż…

Trzeba przyzwyczaić plecy do wysiłku, od którego zdążyły się odzwyczaić.

Najwyraźniej.

Hits: 3


Dodaj komentarz