"Dzisiaj robimy to czego innym się nie chce, aby jutro robić to czego inni nie potrafią".

Pt 12 mar 21 – Poza limitem

Pt 12 mar 21 – Poza limitem

Na trening jechałem wczoraj bez większych oczekiwań. Chciałem przede wszystkim wyczyścić głowę z natręctw długiego dnia spędzonego ze słuchawkami na uszach wsłuchując się w wielojęzyczny szwargot. Na miejscu okazało się, że jest nas nie tak bardzo dużo, ale wystarczy, żeby nie jeździć samemu.

Skupiłem się na ćwiczeniu łuków. Przejeżdżałem ile się dało na lewej nodze. Składałem się jak najniżej najpierw jadąc dwuoporowo, a potem przekładając i starając się, aby przełożenie było głębokie. Niesamowity jest ten rozdźwięk między odczuciem, że jadę bardzo nisko i technicznie, a faktycznym obrazem ruchu złapanym przez kamerę. To są wredne urządzenia. Wydaje się, że jest fajnie, nisko, ładnie, a potem patrzysz na klip z przejazdu i … noszkuuuu… jest jak zawsze. Cały czas czas do poprawy te same rzeczy: głębokość przełożenia, odkładanie prawej stopy równo i delikatnie a nie rypanie parkietu piętą, utrzymanie nachylenia pozwalającego przejechać łuk bez żadnych dodatkowych starań.

Każdy z tych elementów wygląda trochę lepiej jeśli jadę powoli z naciskiem na technikę oraz dramatycznie się pogarsza w momencie wejścia na prędkość. Dużo wody w Wiśle zanim zobaczę poprawę techniki podczas szybszych przejazdów.

W pewnym momencie tknęło mnie, żeby sprawdzić gdzie tak naprawdę jest granica przyczepności na łuku? Jak dalece mogę się nachylić zanim ją zerwę? Do tej pory nie udało mi się jeszcze do niej dojść, a to można łatwo poznać po tym, że wcześniej nie leżałem na łuku. No to udało mi się to nadrobić.

Nie ma się co bać upadków na sali, gdzie podłoże to gładka i stosunkowo amortyzująca wykładzina, a tyłek już na wejściu trzymany jest nisko. Skończyło się jakimś lekkim przysmażeniem skóry na łokciu, ale nawet nie została otwarta. No i powiększeniem otarć na butach. Muszę tam w końcu przykleić jakieś protektory…

Mam niejasne wrażenie, że temat był do uratowania, gdyby tylko utrzymać nacisk na kółka. W pewnym momencie poszły jednak za bardzo w bok i poślizgnęły na bokach, a jak zahaczyłem o podłogę bokiem prawego buta to już było po wszystkiemu. Podniosłem się na nogi raczej pokrzepiony na duchu, bo okazało się, że granica jest dalej niż mi się wydaje, a upadek bezproblemowy. Większe straty poniósł kolega, który jechał kilka metrów za mną, wolniej i dużo bliżej talerzyków wyznaczających łuk. Walnął do przodu, poprawił kolanami i lekko go przeturlało. To jest jeden z minusów trenowania w wiele osób w ograniczonej przestrzeni – jeśli się wywrócisz możesz spowodować wywrotkę innych. W tym przypadku po prostu się przestraszył, bo byliśmy oddaleni o kilka metrów.

Poza tym pojeździliśmy trochę w czterowagonowym pociągu ze zmianami. Tempo było na tyle spokojne, że mogłem kontrolować zakręty wchodząc przekładanką i wychodząc przekładanką, a w najostrzejszym momencie pojechać dwuporowo. Może się wydawać, że to jest marnowanie możliwości dodatkowego napędu, ale paradoksalnie strat może nie być jeśli pojedzie się lepszą, albo po prostu tylko ciaśniejszą trajektorią niż gdyby cisnąć z całej siły. Momentami wręcz dojeżdżałem w ten sposób do poprzedzających mnie kolegów. Właśnie dlatego, że jechałem bardziej optymalnym torem.

Po tym wszystkim pocisnąłem jeszcze sam i udało się chyba wreszcie – po tym całym wypadnięciu z zakrętu i reszcie poginania samemu i wspólnie – docisnąć do nachylenia 45 stopni. Owszem, wymaga to sporej prędkości i jest to takie zaklęte koło: nie pojedziesz szybko, to nie możesz się bardzo nachylić, a nie możesz pojechać szybko, jeśli się nie nachylisz.

Jeszcze tydzień, dwa i będziemy pewnie cisnąć na zewnątrz. Jeśli faktycznie mazurski coraz bliżej, to najwyższa ku temu pora. Jazda po prostej to zupełnie co innego niż to co ćwiczymy teraz.

Hits: 1


Dodaj komentarz